Z lotniska w Bari, poprzez regiony Apulii i Basilikaty, jedziemy na podeszwę włoskiego buta. Od Corigliano Calabro, figurującego w adresie zamówionego noclegu, dzieli nas, według nawigacji, trochę ponad 200 km. Na miejsce docieramy około północy. Mam jakiś kryzys – czuję się ledwo żywa ze zmęczenia. Sprawi ono, ze dosłownie prześpię prawie większość następnego dnia. Na szczęście na miejscu recepcjonista daje nam klucz nawet bez załatwienia formalności meldunkowych – możemy to zrobić dopiero nazajutrz.
Nasz dwupoziomowy apartament, według oceny mieszkającego z nami młodszego pokolenia, jest „słodki”. W kremowo – niebieskich kolorach, swoim marynarskim stylem nie daje zapomnieć o położeniu nad samym morzem. Taras przy wejściu i balkon na piętrze wprost zachęcają do posiadówek przy przywiezionym z Bari apulijskim winie.
Ośrodek Salice Club Resort, cichy
i spokojny, gdy przyjeżdżamy, staje się tętniący życiem podczas dni
świątecznych. Bardzo wiele włoskich rodzin z wszystkimi pokoleniami naraz
zjeżdża się, by spędzić tu Wielkanoc. Daje to namiastkę tego, co pewnie dzieje
się tutaj w sezonie. I choć nie przeszkadza mi takie spędzanie Świąt w wielkim,
„rodzinnym” gronie, to jednak najbardziej cenię sobie tę ciszę i spokój, jakie
panują w ośrodku, gdy jest wyludniony.

Z wyjątkiem okresu ze świątecznym najazdem gości możemy mieć szeroką, ciągnącą się kilometrami plażę tylko dla siebie. W opisie internetowym był zapis, że dzieli nas od niej sosnowy lasek, w rzeczywistości okazało się, że to tylko jakieś może ze dwa rzędy resortowych drzew.
Z wyjątkiem okresu ze świątecznym najazdem gości możemy mieć szeroką, ciągnącą się kilometrami plażę tylko dla siebie. W opisie internetowym był zapis, że dzieli nas od niej sosnowy lasek, w rzeczywistości okazało się, że to tylko jakieś może ze dwa rzędy resortowych drzew.
Oprócz nich na terenie ośrodka mamy całe morze zieleni, wśród której przycupnęły uśpione jeszcze przed sezonem turystycznym restauracje, kluby, sklepiki… Wszystko to otwiera się na Święta, nawet fontanny zaczynają działać.
Świętowanie zaczynamy od Wielkiej Soboty. Już się nie łudzę, że tego dnia gdzieś na świecie poza Polską można się spotkać z obrzędem święcenia pokarmów. Jak zwykle więc biorę sprawy w swoje ręce i robię to sama w przykrytym piękną rozgwieżdżoną kopułą kościele św. Antoniego w Corigliano Calabro. Tradycji staje się zadość – możemy jeść poświęcone śniadanie.
Od Wielkiej Niedzieli ruszamy w podróże w bardziej odległe
miejsca w Kalabrii. Zaczynamy od dwudniowej penetracji Południa. Z nadmorskiej drogi
opasującej brzeg Morza Jońskiego, prawie każdą odnogą próbujemy wjechać w górzyste
wnętrze kalabryjskiej ziemi.

Widoki są tu prawdziwie pocztówkowe – na trawie w kolorze wczesnej zieleni znajdujemy kobierce kwiatów, których nie powstydziłby się żaden renomowany ogród. Krętymi polnymi dróżkami przejeżdżamy między wzgórzami, porośniętymi gajami oliwnymi i cytrusowymi, mijamy kamienne schowki na narzędzia rolnicze i stare domki.
Widoki są tu prawdziwie pocztówkowe – na trawie w kolorze wczesnej zieleni znajdujemy kobierce kwiatów, których nie powstydziłby się żaden renomowany ogród. Krętymi polnymi dróżkami przejeżdżamy między wzgórzami, porośniętymi gajami oliwnymi i cytrusowymi, mijamy kamienne schowki na narzędzia rolnicze i stare domki.
Ale najbardziej zaskakujące są kalabryjskie wioski i
miasteczka Interioru, umiejscowione, jak ptasie gniazda na wierzchołkach gór.
Sposób, w jaki się w nie wczepiają jest wprost nieprawdopodobny! To malownicza
architektura wielopoziomowych konstrukcji, gdzie siedziby ludzkie złożyły się w
całość z elementów przeróżnych rozmiarów i kształtów.
Ten sam stres sprawia, że
przejeżdżamy przez kolejne dwa miasteczka – Cropalati i Paludi omijając bokiem
ich centra.
Może jednak trzeba było pozostać przy zamówionej Pandzie?
Może jednak trzeba było pozostać przy zamówionej Pandzie?
W Wielki Poniedziałek docieramy
do pięknego Calopezzati.
Mamy ochotę na lody i cappuccino, ale w miasteczku wszystko jest zamknięte. Siesta, Święta czy po prostu miejsce opuszczone przez mieszkańców? Trudno powiedzieć, trzeba spróbować znaleźć coś gdzie indziej.

Oswojeni już co nieco z pokręconymi, wąskimi dróżkami jedziemy tego dnia dalej niż zwykle, głęboko w Apeniny, osiągając w całkiem sporych górach miasteczka Mandatoriccio i Campana.
Mamy ochotę na lody i cappuccino, ale w miasteczku wszystko jest zamknięte. Siesta, Święta czy po prostu miejsce opuszczone przez mieszkańców? Trudno powiedzieć, trzeba spróbować znaleźć coś gdzie indziej.
Oswojeni już co nieco z pokręconymi, wąskimi dróżkami jedziemy tego dnia dalej niż zwykle, głęboko w Apeniny, osiągając w całkiem sporych górach miasteczka Mandatoriccio i Campana.
Ale na kalabryjskie specjały załapiemy się dopiero po Świętach w Caloveto. Nigdy wcześniej nie jadłam tak doskonałej pizzy jaką podano nam w skromnym lokalu Parole przy wylocie z Rynku tej przecudnej osady.
A na capuccino i lody pistacjowe mogę zaprosić do lokalu przy głównej trasie:)
Mam
oczywiście hipotezę dotyczącą tego dziwnego, zaskakującego i godnego podziwu ze
względu na poziom trudności usytuowania miasteczek na szczytach gór. Choć nie
wiem, jak było naprawdę, to wyobrażam sobie, ze kiedyś mogło to stanowić
ochronę przed piratami. Dochodzę do takiego wniosku, przekonując się, że odwiedzane
miejsca mają świetny widok na morze. Z pewnością z takich punktów obserwacyjnych
możliwie wcześnie można było zobaczyć nadciągające z morza niebezpieczeństwo i
zyskać czas na ucieczkę w bardziej dzikie i niedostępne partie gór.
Szukam
odpowiedniego słowa na wyrażenie esencji kalabryjskich miasteczek. „STAROŚĆ” - to
właśnie jako pierwsze przychodzi mi do głowy. Może wpływ na to ma ilość
sędziwych osób, których spotykamy w labiryntach wiekowych zaułków. Staruszkowie
wysiadujący na balkonach, wpatrzeni w leniwie poruszające się tryby życia, starzy ludzie odpoczywający na ławeczkach przed domami, wygrzewający się
w słońcu na placach, cieszący się swoim towarzystwem przy stoliczkach
wystawionych przed bary. Wszyscy oni sprawiają wrażenie jakby powoli wchodzili już w przeszłość, ale bez przygnębiającego smutku przemijania.
Kalabryjskie
miasteczka wewnątrz Półwyspu są stare, ale w rozumieniu starości w całej swej prawdzie – nie
odpacykowanej, czasem tak mocno nadgryzionej zębem czasu, że aż sprawiającej
wrażenie omal zżartej. Starówki nie są remontowane właściwie wcale.
Pewnie świadczy to o biedzie, ale również ona tu nie przygnębia! Pogodna bieda?
Tak, mam wrażenie, że to właśnie tu widzę. Bo nikt z mieszkańców nie wygląda na
takiego, który by się nią przejmował. Staruszkowie na balkonach, ławeczkach i
krzesełkach są pogodni właśnie, uśmiechają się życzliwie i do siebie, i do
mnie. „Buongiorno” i „buonasera” – to jest to, co najczęściej słyszy turysta
zabłąkany w te strony.
Ale może to wiosna sprawiła, że założyłam tutaj różowe okulary. Z zaproszeniem na łemkowskie Święta dzwoni Helena z Beskidu Niskiego i opowiada mi o tym, że dla niej Południe to takie miejsce przyjazne do życia. Przekonuje mnie, iż ciepło, słońce, klimat powodują, że Południowcom żyje się łatwiej, lżej niż ludziom w jej rodzinnych stronach. No bo jak nie patrzeć w pogodny sposób na rozświetlony świat, przybrany kwitnącymi drzewami, obiecującymi wkrótce bujny zbiór owoców, gdzie kudłate owce pasą się na dywanach dzikich nagietków? Wiosenne obrazy, z którymi się tu spotykamy, są takie piękne. W Kalabrii ta wiosna wydaje się mieć moc wyjątkową.
Mimo różowych okularów daleka jestem jednak od podsumowań w stylu beztroskie kalabryjskie „dolce vita.” Gdyby tak tu było, to pewnie miasteczka na górach nie miałyby charakteru Domu Starców. No bo gdzie są ci młodzi? Czy przypadkiem stąd nie uciekli w poszukiwaniu tego łatwiejszego, lżejszego życia? To tutaj wcale tak słodkie być nie musi. Wysokie góry, trudność w docieraniu od osady do osady mogą powodować poczucie odcięcia od świata To miejsca dla tych, którzy akceptują życie z dala od jego głównego nurtu. A w młodości z taką akceptacją mogą być duże trudności. Turyści zwykle patrzą na otaczający świat innymi oczyma niż mieszkańcy.
Gdyby
nie bieda, to może też nie byłoby powodu do powstania kalabryjskiej mafii. Ale
podczas tego wyjazdu staram się o niej nie pamiętać. Swoje wrażenia z Kalabrii
chcę opierać wyłącznie na tym, czego doświadczają moje zmysły. A one chwilami
aż szaleją z nadmiaru bodźców. Dzikie tulipany i irysy na łąkach, gdzie wypasa
się różowe bydło, bombardują swoimi soczystymi kolorami. Ptaki uwijają się w
wiosennym jazgocie. Nawet wiatr ma swój ciepły smak.
*
W
ostatni dzień świątecznych ferii wyruszamy na północ w okolice Sibari. Tak,
tak, to właśnie to miejsce, od którego pochodzą słowa sybaryta i sybarytyzm. Jedna z osad starożytnych Greków (Magna Grecia), której tło stanowią majestatyczne szczyty
ośnieżonych gór. Staramy się podjechać do nich jak najbliżej. Tym razem docieramy
do miasteczek, o typowo górskim charakterze (w przeciwieństwie do tych odwiedzonych
wcześniej z charakterem Południa). Najpierw dojeżdżamy do niewiarygodnego w
swym splątaniu Cassano all’ Ionio - liczba zabytków w Centro Storico zdaje
się tu dorównywać liczbie rozpadających się starych budowli.

Podoba nam się, ale najlepsze jeszcze przed nami. Po przeprawieniu się przez górę, na której znaleźliśmy najwspanialsze podczas tej podróży plenery zdjęciowe i to w oprawie przydrożnych szafirków (patrz fotorelacja), zjeżdżamy do Frascineto. Miasteczko usytułowane jest właściwie pod samym pokrytym śniegiem apenińskim masywem. „To takie lepsze Zakopane” - będę po powrocie opowiadać naszej młodzieży. Lepsze w klimacie, bo zupełnie pozbawione turystów.
Podoba nam się, ale najlepsze jeszcze przed nami. Po przeprawieniu się przez górę, na której znaleźliśmy najwspanialsze podczas tej podróży plenery zdjęciowe i to w oprawie przydrożnych szafirków (patrz fotorelacja), zjeżdżamy do Frascineto. Miasteczko usytułowane jest właściwie pod samym pokrytym śniegiem apenińskim masywem. „To takie lepsze Zakopane” - będę po powrocie opowiadać naszej młodzieży. Lepsze w klimacie, bo zupełnie pozbawione turystów.
Przed wyjazdem na stronie naszego ośrodka wyczytałam o wszystkich atrakcjach zaplanowanych tu na okres wielkanocny. Dzięki temu w Wielką Niedzielę mogliśmy, bez poszukiwań po okolicy, uczestniczyć w mszy świętej. Została ona zorganizowana w resortowej sali konferencyjnej, ozdobionej wizerunkami z egipskich świątyńJ
Znalazłam też informację o świątecznych animacjach. Wyobraźnia podsunęła mi obrazy kalabryjskiego wieczoru ze śpiewem, tańcem i ludowymi strojami. No i uparłam się, że muszę to zobaczyć. Dlatego przez całe Święta starałam się pomiędzy wycieczkami wytropić jakieś przejawy animacji lub chociaż kogokolwiek z „animation team”. Oczywiście, jak na Włochów przystało, nikt z obsługi mi nie ułatwiał niczego w tej sprawie (bo nikt nie był w niczym zorientowany:). Na recepcji zero informacji, żadnych rozpisek, programów czy zaproszeń. Gdyby nasza młodzież nie natknęła się przypadkiem w świąteczny wieczór na zabawiającego publiczność prezentera, to pewnie uznałabym, że żadnych animacji jednak nie było. Dopiero potem, późną nocą, leżąc już w łóżku, usłyszałam śpiewy. Raczej nie miały one nic wspólnego z folklorem. Niepocieszona, stwierdziłam, że nie ma sensu nawet wychodzić z pościeli.
Tymczasem Frascineto zrekompensowało wszystko i to z olbrzymią nawiązką. Zupełnie przypadkiem spotkaliśmy się tu z autentycznymi występami zespołów ludowych. Jaka to była okazja tego oczywiście nie wiemy, miało to jednak jakiś związek z Wielkanocą i greckokatolickim kościołem na Via Fratelli. Już podjeżdżając tam, zobaczyłam z daleka coś, co wprawiło mnie w prawdziwą ekscytację – stroje regionalne! Ich posiadacze połączeni w półkole białymi chustkami ze śpiewem procesjonowali po miasteczku. Centralnym punktem była oczywiście świątynia, gdzie każdy z zespołów (tak, okazało się, że jest ich naprawdę spora ilość i to począwszy od dzieci po seniorów) wchodził na błogosławieństwo, wyśpiewywał na chwałę Panu dźwięczną pieśń, która do tej pory kołata mi się po głowie i fotografował się z kościelnymi patriarchami. Potem oczywiście było limoncello przed domami gościnnych gospodarzy i w barze naprzeciwko. Nie zostaliśmy, choć zapowiadało się na niezłą fiestę – trochę się obawialiśmy, że po ciemku w plątaninie krętych, górskich dróżek nie odnajdziemy drogi do ośrodka, od którego oddalaliśmy się w końcu przez cały dzień.
Może kiedyś uda się odwiedzić Frascineto na dłużej. Przed powrotem do Polski mąż obiecuje, że wrócimy do Kalabrii. I na pewno nie w Salice Club Resort będę wtedy szukała folkloru.
*
Za cytrusami i trawnikiem, gdzie parkujemy samochód (zgodnie z instrukcją recepcjonisty) - już poza ośrodkiem, stoi rząd ładnych prywatnych domów, które wyglądają, jakby były zasiedlane tylko w sezonie. Dalej jest stadnina, a za nią rozpościera się jedynie zieleń i góry. Gdy zapada zmrok, zapalają się tam światła – symbole ludzkich siedzib. Uwielbiam siedzieć na balkonie naszej sypialni i patrząc na ten widok cieszyć się oddechem kalabryjskiej nocy.
Przed wyjazdem pożyczyłam z lokalnej biblioteki przewodnik „Włochy południowe”. Na okładce przeczytałam: „ Jaki kraj warto zabrać ze sobą na bezludną wyspę? Tylko Włochy. Gdzie indziej można znaleźć splecione w jedno niepowtarzalne smaki, zapachy i aromaty [...] Gdzie indziej można znaleźć tyle zachłannie stłoczonych w jednym miejscu dzieł sztuki i zabytków z kilku tysięcy lat? Gdzie indziej można zażywać gorącej południowej siesty wśród zachwycających krajobrazów, spacerować w ciepłe wieczory i nie spać do białego rana, bawiąc się na licznych fiestach?”
Tylko Włochy... Na ich Południu doświadczam tego splatania, o którym R. Belford, M. Dunford, C. Woolfrey napisali swój przewodnik. W pożegnalną noc siedzę nad lampką lokalnego różowego wina i splatam.
Pełną odgłosów ciszę i tarantelę
życia ze śmiercią.
Sen o nieskończoności Wszechświata z zachwytem przebudzenia o poranku.
Pijaną noc i oczekiwanie dnia w pełnym
słońcu.
Nie chcę jeszcze iść do łóżka. Czekam na
życiodajne zebranie sił i przypływ wiary, że jutro będzie lepsze. Siostra Noc wreszcie mnie utula w ramionach i przychyla mi gwiaździstego nieba.
Przewodnik po południowych
Włoszech nie zmieścił mi się do walizki (niestety Wizzar nawet je ważył na
lotnisku w Katowicach). Dzięki temu zwiedzaliśmy Kalabrię na zasadzie: "gdzie nas oczy poniosą". Po
powrocie czytam część dalszą z reklamy na okładce: „Kto ma ochotę na pływanie,
niech jedzie gdziekolwiek nad wodę. Kto ma ochotę na wędrówki, niech jedzie
gdziekolwiek w góry. Kto ma ochotę na zwiedzanie, niech odwiedzi jakiekolwiek
muzeum. Kto ma apetyt na życie, niech jedzie do Włoch.”
To nie o mnie. Apetyt na życie utraciłam jednocześnie z utratą syna. W zamian mam teraz liczne zakręty, zjazdy, obniżenia nastroju, stany depresyjne i osłabienia. Ale Południowe Włochy są też najlepsze dla takich poobijanych przez życie kalek jak ja. Podczas tej podróży skupiałam się nie na swoich poranieniach, lecz na wszystkich zmysłowych doświadczeniach, którymi świat mnie dosłownie zasypywał.
Po traumie nic, co cieszy, nie przychodzi szybko. Ale na niektóre chwile w życiu warto poczekać... Kiedyś znów zakwitną dla mnie wielkie gaje pomarańczy...
Kiedyś ZMARTWYCHWSTANĘ...
*Zdjęcia z wiosennej Kalabrii znajduja się w trzech fotorelacjach
P.s. O wyjeździe do Kalabrii traktuje wpis: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/03/buona-pasqua.html
BUONA PASQUA!
*Zdjęcia z wiosennej Kalabrii znajduja się w trzech fotorelacjach
P.s. O wyjeździe do Kalabrii traktuje wpis: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/03/buona-pasqua.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz