sobota, 31 marca 2018

PRZYGOTOWANIA DO ŚWIĄT

 Tegoroczne przygotowania do Świąt są dla nas jednocześnie przygotowaniem do wyjazdu. No więc mój mąż robi zakupy na wyjazd, szykuje wypieki na wyjazd, gotuje nawet jajka w cebulowych łupinkach, żebyśmy mieli pisanki na wyjazd. Wszystko to spadło na mężowskie barki, bo moje życie w ostatnim miesiącu kręciło się właściwie tylko wokół chodzenia do pracy i wyjazdów na studia. W ten napięty program konieczne okazało się jeszcze wciśnięcie wizyt u weterynarza - omal co dzień od czasu odkrycia martwej ciąży Luny – szwy po zabiegu wyciągaliśmy dopiero w przeddzień wyjazdu.  Ledwie mi się udaje za tym wszystkim nadążyć.

Mój mąż jest strasznym tradycjonalistą.  W te Święta południowe Włochy nie zobaczą nas w żadnej wystrzałowej kreacji. Nasz bagaż składa się prawie w całości z wiktuałów, bez których mąż nie wyobraża sobie świątecznego menu. W swojej walizce wiozę nawet, i to już jest prawie zarzewiem buntu, marchewkę, pietruszkę i seler! No bo jak przeżyć święta bez tradycyjnej sałatki jarzynowej?! Przekonywanie, że kupimy to wszystko na miejscu, męża nie przekonuje. Lądujemy w Bari w Wielki Czwartek późnym wieczorem, nie ma więc pewności, że wówczas uda nam się jeszcze zrobić zakupy. Nie dysponuję żadnymi argumentami na poparcie  wyobrażenia, że zrobimy to w następne dni. Nie mam pojęcia, jak bardzo tradycyjne są w kwestii świątecznej południowe Włochy. W niektórych miejscach Europy Wielkie Piątek i Sobota to już dni wolne od pracy, a więc i od handlu (przetestowane w zeszłym roku w Hiszpanii). Głodowanie w święta? To nie wchodzi w mężowską rachubę. Pozostaje mi tylko pogodzić się z losem.


No więc obładowani niczym wielbłądy (mam nawet kanapki z kotletem, upchnięte po kieszeniach polara), stawiamy się na lotnisku w Katowicach. I tu spotykamy przeszkodę w postaci pani kontrolującej bagaże. Sprawia ona niestety, że tubka z majonezem do sałatki jarzynowej i chrzan do świątecznego śniadania muszą opuścić mężowską walizkę. Mąż jest niepocieszony. No bo jak to, bez chrzanu w święta? Próbuje jeszcze przekonać jakoś panią kontrolerkę do zmiany decyzji. Tłumaczy szczerze zmartwiony:
- Majonez to jeszcze pewnie gdzieś kupię, ale gdzie ja znajdę chrzan we Włoszech?

Ale pani nie zwykła dyskutować z turystami, choć akurat nie ma nic lepszego do roboty – lotnisko jest przedświątecznie puste. Z nabzdyczeniem godnym lepszej sprawy odpowiada w najbardziej służbowy sposób, w jaki można, zaczynając od słów: „ja tu jestem od tego, by przepisy...”... Nie mamy pojęcia, co stanowią one w kwestii chrzanu, więc jesteśmy zmuszeni odpuścić. Oj, nie lubimy takich służbistek. Odchodzimy z kwitkiem do kolejnych pomieszczeń lotniska i nawet mnie jest przykro z powodu zawalenia się mężowego planu świątecznego żywienia, choć akurat tradycjonalistka ze mnie żadna. Gdyby zaopatrzenie było na mojej głowie, to chrzan na święta pewnie w ogóle nie przyszedłby mi nawet do głowy.

Lot do Bari jest najkrótszym, jaki odbyliśmy w ostatnim czasie. Lądujemy zanim nawet udaje mi się zasnąć. Na miejscu - na osłodę lotniskowych przeżyć - w wypożyczalni samochodów pani proponuje nam za niewielką dopłatą wymianę zamówionej Pandy na nowiutkiego Citroena Cactusa i to z nawigacją! Bierzemy – w końcu to Święta i jednocześnie wyjazd w imieninowym prezencie  dla mnie – nie będziemy w trakcie tej podróży liczyć każdej złotówki. Trochę to trwa zanim odnajdziemy nasze nowo wypożyczone auto na wielkim lotniskowym parkingu. W końcu okazuje się, ze wypożyczyliśmy właśnie ten pojazd, którym zachwyciła się wcześniej dziewczyna Kacpra podczas błądzenia po parkingowych alejkach. Wreszcie (po rozkminieniu co i do czego w Cactusie służy) pięknym grafitowym wozem zabieramy się w podróż na południe. Mamy rezerwację w ośrodku Salice Club Resort nad samym Morzem Jońskim. Po drodze musimy zdobyć jeszcze majonez (bo o chrzanie nawet nie ma co marzyć). Ale przynajmniej jest nadzieja, że sałatka jarzynowa w Święta będzie (skoro być musi)!

W końcu, dosłownie piętnaście minut przed zamknięciem sklepu udaje nam się wskoczyć do Auchana na przedmieściach Bari. Staramy się wybrać majonez spośród kilku, z których żaden nie ma szans być tak dobry jak ulubiony przez męża „kielecki”J
Jestem już bardzo zmęczona. Po natknięciu się na marchewkę na stoisku warzywnym czuję, że zaczynam zgrzytać zębami ze złości. Ale się opanowuję – w końcu idą Święta. No i będziemy mieć pyszną sałatkę jarzynową. Spoglądam na półki z majonezem, potem na sąsiednie... i tuż obok..., no nie, nie mogę wprost w to uwierzyć, najspokojniej w świecie stoi sobie CHRZAN TARTY firmy Motyl -  „oryginalny smak od 1980”! Czy mogą być lepsze Święta? Zwłaszcza, że wkrótce okaże się, iż w miejscu docelowym będą otwarte hipermarkety zarówno w Wielki Piątek, jak i w Wielką Sobotę;).

Dzięki temu na naszym świątecznym stole ledwo się zmieści obfitość polsko – włoskich przysmaków. To będą dobre Święta. Mąż jest w pełni zadowolony. Ja też. Kolejny raz udało mi się uciec z  domu przed świętami. 
Alleluja!

Ps. O Wielkanocy w Kalabrii traktuje wpis: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2018/04/buona-pasqua-relacja-ze-swiatecznego.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz