W tym roku wiosna nadeszła w sposób nagły. Nie
zostawiła czasu na przygotowanie się do niej ani na stopniowe zmiany
dostosowawcze. Wszystko stało się natychmiastowo.
Natychmiast przeszliśmy od mrozów do temperatury, w
której miało się poczucie ugotowania, natychmiast trzeba było zrzucać ciepłe
ubrania i szukać po szafie tych z krótkim rękawem, natychmiast świat zmienił
kolor z ziemistych brązów na zieleń, natychmiast zakwitły krzewy.
Po powrocie ze świątecznego wyjazdu poczułam się tym zupełnie
zaskoczona. Potem przestałam nadążać. Poddałam się całkowicie wiosennemu
przesileniu. Wszystko zaczęło się wydawać ponad siły.
❤️
❤️
Gdy ma się nawroty depresji, to wiosna w miejsce ukojenia,
potrafi przynieść skutecznie pogłębiający się dół. To chyba przez to, że z
każdym dniem czuje się mniejsze dostrojenie tego, co wewnątrz, do tego, co
dzieje się na zewnątrz. Wiem, że podążając za otaczającym światem powinnam być
coraz bardziej pogodna i słoneczna. A nie jestem. Powinnam mieć coraz więcej
sił i energii. A nie mam. I to jeszcze dodatkowo dołuje.
Ogarniają mnie wspomnienia. Smutne. Myślę o tych,
którzy już nie mogą się tą wiosną cieszyć. O wszystkich bliskich, którzy stali
się nieobecni na Ziemi na zawsze. Jest ich tak wielu. Nie ma końca dla tego
umierania.
Z odgłosem kroków nadchodzącej wiosny do Krainy
Nieobecnych przeszedł także Gustaw. Mój ukochany, najpiękniejszy kotek jako
typowy samiec alfa wraz ze zmianami w przyrodzie ruszył na podbój wszechświata.
I nie wrócił. Co dzień czekałam na jego powrót, przywoływałam i łudziłam się.
Aż do wczoraj, kiedy sąsiadka powiedziała mi, ze jej syn pochował niedawno jakiegoś czarnego kota. Co się z nim stało, tego nie wiadomo. Świat jest pełen
niebezpieczeństw dla wypełnionych łagodnością, a zarazem ciekawych życia stworzeń. Tak mi
przykro Gusteczku, że nie posmakujesz już uroków tej wiosny. Podbiłeś Wszechświat, ale zostałeś
przygarnięty do jego nieobecnej dla nas części.
Dopiero co zostałeś znaleziony przez Kacpra, przeżyłeś
wakacyjne rozstanie, wrosłeś w nową rodzinę, uznając Lunę za zastępczą
mamę, a Maciusia za młodszego brata. Potem był trudny wrzesień, kiedy ciężko
chorowałeś (prawdopodobnie po zjedzeniu gdzieś w okolicznym ogrodzie trutki na
ślimaki), miesiąc prawie trwało leczenie i ledwo Cię odratowaliśmy, siedząc
godzinami pod kroplówką u weterynarza. Wreszcie osiągnąłeś dorosłość w niespotykanych rozmiarach i niezwykłym pięknie. Wtedy zaczęły Cię przywoływać głosy ze świata. Byłeś odważny, zbyt
odważny i to też mogło zdecydować o Twoim losie.
Nie zdążyłam się z Tobą pożegnać. Nie wiem kiedy
umarłeś. Mowę pożegnalną mogę wygłosić tylko w swoim sercu. Przytulam Cię do
niego najczulej jak potrafię mój przytulny, najmilszy, zawsze mruczący Przyjacielu.
Dziękuję za wszystkie chwile pocieszeń, które dawałeś swą obecnością, gdy nie
spuszczałeś mnie ze swoich cudownych, wielkich, roziskrzonych oczu.


Niestety, zawsze będzie taka wiosna, której ktoś nie doczeka...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz