niedziela, 6 lutego 2022

POWRÓT Z FERII


Wróciliśmy już tydzień temu, niestety nie sami - z koronawirusem - relacjonuję Monice nasz ostatni weekend ferii.

Nie było za ciekawie, ale chyba już najgorsze za nami.

No i tak w skrócie wygląda przegląd ostatniego tygodnia.

Ale kwarantanny jeszcze nie skończyliśmy:(

Mąż zostanie uwolniony z  przymusowego  dziesięciodniowego pobytu w domu pojutrze, ja kilka dni później. Cóż napisać więcej - przeżyliśmy, a to niewątpliwy sukces w obliczu faktu, że choroba zabrała wcześniej  tak wielu młodszych, zdrowszych i pełnych sił ludzi:(. Nie mamy prawa narzekać.

Bożenko, może to dobrze? Będziecie mieli już za sobą - napisała Beata. No jakoś pocieszać się trzeba. Niemniej prawdą jest, iż  ostatnio czułam, że nie uda nam się wywinąć, że musimy tak jak wszyscy wokoło przechorować tę zarazę, żeby przestać się bać codziennego życia, kontaktów z innymi, przyszłości...

Może to więc rzeczywiście był najlepszy moment, by się zmierzyć ze swoimi demonami (lub może raczej powinnam napisać, że z demonami, które opanowały teraz cały świat)?

Mąż akurat dorobił się (przynajmniej taka jest wersja obowiązująca) odporności po drugim szczepieniu i choć bardzo ciężko je przeżył, to jednak dzięki niej zyskaliśmy w chorobie jakiś rodzaj poczucia bezpieczeństwa. A ja? Też czułam, że sobie teraz poradzę. Dopiero co przecież nabrałam sił dzięki pobytowi na wczasach w drugim tygodniu ferii.

Miałam zamiar wrócić do pracy w szkole w świetnej formie. Spacerowałam więc podczas pobytu w tureckim Side ile tylko się dało (i to nie byle gdzie, bo to nadmorska, pełna zieleni osada), łapałam pierwsze w tym roku, ale chwilami ostro już grzejące promienie słońca, odżywiałam się nieźle (a to oznacza, że dzięki warzywom, owocom i ziołom również zdrowo) w wygodnej formule all - inclusive. Poza tym pływałam w podgrzewanym basenie, wygrzewałam się w hammamie, pociłam w saunie. Cieszyłam się niezmiernie tak solidną porcją wypoczynku i aktywności na tym nieoczekiwanym wyjeździe, którego oferta trafiła do nas jako chyba najostatniejsze z możliwych last minute. Po raz kolejny udało się nam załapać na bardzo tanie wczasy i to tam, gdzie nas jeszcze nigdy nie było - w pięciogwiazdkowym hotelu:). Tak, będzie także relacja.

Gdy odlatywaliśmy z Polski, to miałam wrażenie, że uciekamy przed epicentrum pandemii - statystyki wskazywały tego dnia 40 876 zakażonych w naszym kraju. Nie spodziewałam się podzielić losu tych ludzi, przebywając w miejscu, gdzie poza sezonem w ogóle prawie nie było turystów.




Również Side Premium Hotel dokładał starań, by nie narażać zdrowia swoich klientów. Nie rozumiem więc, jak to się stało, że zachorowaliśmy. No chyba, że odpowiedź niosą podchwycone strzępki opowieści naszych współtowarzyszy podróży. Na przykład M. zdradził, że 2 dni przed wyjazdem czuł się tak źle, że miał zamiar się przetestować (niestety nie musiał, bo jako zaszczepiony miał paszport covidowy). Powstrzymała go myśl, że w przypadku wyniku pozytywnego uniemożliwi wyjazd także swojej żonie, która trafi wraz z nim na kwarantannę. Zdecydował się więc skorzystać z pobytu w Turcji, a zanim zdradził powyższe szczegóły, to zdążyliśmy już wspólnie spędzić sporo czasu. To nie tak, żebym chciała kogokolwiek o cokolwiek oskarżyć - po prostu relacjonuję, jakie powody stoją za konkretnymi zachowaniami konkretnych ludzi. Inne osoby również zaczęły w  trakcie pobytu przyznawać się do swoich problemów ze zdrowiem przed wczasami.

Prawda jest taka, że mąż, który zachorował jako pierwszy, zaraził się na pewno od kogoś z naszej wycieczki, bo spędzał czas tylko w hotelu i nawet raz nie wyszedł poza jego mury (a i z obsługą też raczej nie miał bliskiego kontaktu). Bardzo szybko zaczął odczuwać osłabienie. Na początku myśleliśmy, że to tylko jakieś przewianie, przeziębienie, mało znacząca infekcja. Mąż często źle się czuje, a ja już przywykłam do tego, że podczas wyjazdów sama zagospodarowuję sobie czas.

Nie czuliśmy niepokoju związanego z ewentualnym ryzykiem zarażenia, bo mieliśmy wykupione dodatkowe ubezpieczenie na wypadek zachorowania na Covid-19. Przed wylotem z Turcji planowaliśmy też zrobić testy, które były w cenie wycieczki. No niestety, zaniedbanie rezydenta sprawiło, że się na nie mimo zapisu nie załapaliśmy. O tym, że mąż jest pozytywny dowiedzieliśmy się więc na lotnisku w Katowicach. W międzyczasie już w samolocie ja poczułam atak choroby. Wprawdzie testy po przylocie jej jeszcze nie wyłapały, ale już trzy dni później również miałam wynik pozytywny.

Poskarżyłam się w biurze podróży na rezydenta - przez uniemożliwienie nam przetestowania się jeszcze w Turcji naraził nasze zdrowie i zdrowie naszych współtowarzyszy podróży. Na razie oczywiście nie mam żadnej odpowiedzi, poza taką, że mój email przekazano do działu reklamacji. No nie wiem, co teraz ona nam i tym, którzy mogli się od nas zarazić, pomoże.

Powrót z lotniska był dla nas koszmarem -  myśl o 51 tys. 695 zakażonych w kraju ojczystym nie generowała optymizmu, a kilka metrów pokonanych w czasie zawiei śnieżnej, w którą trafiliśmy po opuszczeniu hali przylotów, odczuwaliśmy prawie jak przeprawę przez biegun. Niestety zima tylko udawała, że od Nowego Roku jest w odwrocie.

Również w domu było lodowato - podczas naszego tureckiego urlopu wysiadł piec do centralnego ogrzewania. Powitał nas deczko zmarznięty i bardzo stęskniony Maciuś. Na stole w jadalni sromotnie sterczały pozbawione ciepła pozostałości po kwiatach białego i czerwonego amarylisa, które pożegnaliśmy jeszcze w pełni rozkwitu.

Nie mieliśmy nawet siły, by się umyć po podróży. Nagrzaliśmy dmuchawą jedno pomieszczenie, w którym do dzisiaj chronimy się przed przemarznięciem. Codziennie dzwoni do nas policjant, kontrolując, czy przestrzegamy kwarantanny. A niby dokąd mielibyśmy pójść, gdy po pokonaniu paru schodów do salonu czuję się czasem, jakbym przemierzyła szlak po większości szczytów w Polsce i na świecie?

Staramy się nie roztrząsać zanadto tego, co się stało, by się dodatkowo nie dołować. Pogodziliśmy się z tym, że choć zadbaliśmy o siebie (jak tylko potrafiliśmy najlepiej), to niestety efekt okazał się być zgoła odmienny od zaplanowanego. Staramy się patrzeć w przód. Na nowo doceniać utracone codzienne ułatwienia, do których przez lata już przywykliśmy - ogrzany pokój, ciepła woda, możliwość zakupów praktycznie w każdej dowolnej chwili... I wolność, przede wszystkim wolność, której nie mamy podczas przymusowej izolacji. Okazuje się, iż nawet wtedy, gdy fizycznie nie bylibyśmy jeszcze w stanie korzystać z tego przywileju, to świadomość jego braku powoduje prawdziwe cierpienie. 

Dużo zdrowia i wolności dla Wszystkich!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz