niedziela, 4 sierpnia 2024

LETNIE WYŁAMANIE ZE SCHEMATU

Ostatni tydzień całkowicie wyłamał się z dotychczasowego wakacyjnego schematu. W poprzedni weekend poczułam się na tyle lepiej psychicznie (a jednocześnie na tyle gorzej fizycznie – patrz dolegliwości ze strony wątroby), że uznałam suplementy: olejek CBD, magnez, witaminę D itp. za wystarczający na ten moment zamiennik antydepresantów.

Czy na poprawę nastroju miała wpływ weekendowa korespondencja z Elą, która była wstępem do czegoś bardzo przeze mnie oczekiwanego? Być może. Człowiek nigdy sobie przecież do końca nie uświadamia, w jaki sposób działają procesy psychiczne w jego nieświadomości:). A Ela pisała do mnie w sprawie spotkania, na którym miałyśmy omówić szczegóły… wakacyjnego wyjazdu.

TAK! moja kochana pedagożka z katolickiej szkoły zaproponowała mi wspólne wczasy nad morzem z nią i jej mamą! Ucieszyłam się, a ta radość jeszcze się wzmaga każdego dnia. Chce mi się morza, wyjazdu i wakacji, które pozwolą mi zebrać siły na kolejny rok szkolny. Jeśli mam dalej pracować, a to przecież na ten moment finansowa konieczność, to nie mogę całego swojego urlopu przepłakać pod niebieską kołderką na wiśniowej sofie.

Nadeszła pora, by wykopać się z czarnego doła. Nadeszła pora, by wyjść do ludzi. Zwłaszcza że sierpień jakby rozwiązał wór z towarzyskimi możliwościami.

Jak siedziałam sama przez cały lipiec, to nagle w tym tygodniu chyba wszyscy moi starzy znajomi dzwonią z propozycja spotkania – napisałam wczoraj do Beaty.

Wyobraź sobie, że nawet zupełnie niezależnie od siebie, odezwały się dwie dziewczyny, z którymi pracowałam jeszcze w domu dziecka.

A były to czasy, gdy oczekiwałam na narodziny Kacpra. Tymczasem on ma już dziś 25 lat! Potem nasze drogi się rozeszły. Miło, że znów nastąpiło ich skrzyżowanie.

Z Magdą już byłam w poniedziałek na kawie, z Agnieszką jestem umówiona w kolejny poniedziałek

Zaraz mi braknie miejsca w terminarzu😉

Nawet dziś mam zaplanowane spotkanie ze starymi znajomymi ze studiów. I jak tu nie kochać sierpnia?

Choć uczciwie muszę przyznać, że jednak lipiec pod względem towarzyskim nie stanowił takiego zupełnego bezrybia. Tak więc w lipcowym terminarzu spotkań znalazły się:

1. Posiadówka na lodach z Madzią i Beatką, która jest kolejną najcenniejszą znajomością ze szkoły masowej, gdzie kończę pracę;

2. Zafundowanie sobie (dla poprawy nastroju, bo tonący to i brzytwy się chwyta) koncertu mis i gongów w wykonaniu niezrównanej Edi (organizatorki zimowej wycieczki do Neapolu). Co prawda bez towarzyskiej części spotkania, ale to nie był dla mnie ani nastrój, ani czas po temu – uczciwie muszę jednak przyznać, że gospodyni to proponowała;

3. Wizyta u Beatki - to ta z najcenniejszych znajomości powyżej, poza tym jedna z najciekawszych, bo dziewczyna to z wykształcenia romanistka, a z racji wykonywanego zawodu anglistka i nauczycielka plastyki;

4. Odwiedziny Agatki (to druga moja współtowarzyszka z Neapolu) w jej nowo wybudowanym domku w górach. Przecudne miejsce i przemiły rodzaj parapetówki w gronie dawnych koleżanek ze szkoły, gdzie przepracowałam ponad trzydzieści lat.

No dobra, rzeczywiście nie jest tego zbyt wiele, może więc dopiszę do powyższej listy jeszcze wakacyjne „eventy” z końca czerwca:

1. Ogrodowa impreza kończąca rok szkolny u pani dyrektor szkoły masowej – nawet jeśli znalazłam się tam trochę przypadkiem, to było jednak bardzo miło;

2. Śniadaniowe spotkanie u sąsiadki Bożenki, która przyjechała z Austrii, no cóż, wprawdzie na pogrzeb taty, ale i tak widzieć ją to zawsze przyjemność;

3. Wyjazd na jagody z moją kochaną Iwonką. Było miło, choć w lesie duszno niemiłosiernie przed burzą, a kręgosłup bolał przy schylaniu podczas zbierania. Najgorsze jednak okazało się to, że wszystkie leśne owady, jakby się na nas wściekły i zapragnęły pożreć nasze ciała żywcem. Nie działały żadne osłony ani repelenty, których użyłyśmy. Wprawdzie ten dzień poza uciążliwymi bąblami, leczonymi później bezskutecznie wszelkimi możliwymi sposobami, nie zaowocował żadnymi poważniejszymi skutkami zdrowotnymi, ale niestety kolejny wyjazd na jagody (tym razem nie ze mną) zakończył się dla Iwonki bardzo przykro. Po ugryzieniu przez kleszcza dostała boreliozy, a lecząc ją, zaraziła się w przychodni od innych pacjentów covidem. Oczywiście zarażenie wkrótce objęło także jej męża i takim oto sposobem moja przyjaciółka załatwiła sobie większość wakacji nie dość, że w łóżku, to jeszcze w zamknięciu:(. Nasze wakacyjne spotkania zakończyły się więc, zanim tak naprawdę na dobre się rozpoczęły.

Ach, żeby choć te jagody były tego warte… Ale gdzie tam. Było ich tyle, co kot napłakał, wystarczyło ledwie do posypania małej okrągłej blaszki ciasta i do przygotowania dwóch koktajli:). To dla mnie nauczka, by następnym razem liczyć jednak na wyspecjalizowanych zbieraczy, a wakacyjny czas z przyjaciółką spędzić w mniej wymagający sposób.

Trzeba wreszcie wyrosnąć z marzeń o baśniowym klimacie rodem z przerabianej w pierwszej klasie lektury. Minęły już lata, odkąd mama przed pójściem do szkoły czytała mi „Na jagody”. Przyszedł czas, gdy dzieciństwo mam przecież dawno za sobą. Teraz jestem w tym okresie życia, gdy podejmuje się role i obowiązki dorosłych ludzi...

I właśnie to starałam się zrobić podczas dotychczasowych wakacji. W bólach i z każdym dniem coraz  bardziej brzemię dorosłości czując. W końcu przygniotło mnie ono swoim ciężarem. Dorosłe sprawy chyba mnie jednak przerosły.

No więc teraz muszę od nich troszkę odpocząć. Omawiam z Elą szczegóły wyjazdu podczas weekendowych spotkań i coraz goręcej na niego czekam. Powoli stawiam się do pionu, żeby go ogarnąć. Mobilizuję się i zaczynam działanie w ramach przygotowań.

I od razu zaczynam czuć się z tym lepiej – nawet fizyczne! A przecież o to chodziło. Dziękuję Ci Elu. Zrobiłaś dla mnie to, o czym nikt inny nawet nie pomyślał... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz