Kolejny przepiękny weekend września przynosi mało ciekawe nowości. W piątek można przeczytać o tym, że 111 tysięcy Polaków odbywa kwarantannę (dziś podobno już 118), co stanowi najwyższy wynik od początków pandemii, (https://www.money.pl/gospodarka/koronawirus-w-polsce-111-tys-polakow-zamknietych-w-domu-6555328276109856a.html), w sobotę zaś, iż padł rekord w ilości osób zakażonych (1002 osoby). A do tego chyba już każdy zdaje sobie sprawę z zaniżania takich danych - to jasne, że wykrytych przypadków choroby jest mało w stosunku do stanu faktycznego, jeśli testów robi się tyle, co kot napłakał. Smutne to bardzo.
Ale już nawet nie mam siły, żeby się tym na okrągło emocjonować. Muszę się wyciszyć i złapać oddech przed kolejnym tygodniem pracy. Staramy się z mężem wykorzystywać tę niezwykła pogodę, jaką obdarza nas wrzesień w tym roku - kto wie, jak długo jeszcze będziemy się mogli nią cieszyć.
Powrót do szkoły sprawił, że niewiele wolnych dni pozostaje do naszej dyspozycji. Ale w zeszły weekend wybraliśmy się w ukochany Beskid Niski. Mieliśmy zaległe odwiedziny u Heleny z okazji jej jubileuszu. A ponieważ dom bez Luny postrzegamy teraz jako miejsce, z którego najlepiej uciekać, to nie trzeba nas było długo namawiać na wizytę w Uściu Gorlickim.
I choć w sensie towarzyskim niewiele było z niej korzyści (Helena wyjeżdżała na imprezę łemkowską właściwie tuż po tym, jak przyjechaliśmy i wracała dopiero w dzień naszego odjazdu), to i tak Beskid Niski wart był każdej fatygi. Zresztą i bez żadnych pretekstów, jubileuszy, czy perspektywy spotkań mogłabym wszystkim polecić wyjazd w tamte okolice - to zawsze niezwykła zmysłowa błogość i ukojenie dla znużonego pośpiechem przybysza.

W Beskidzie Niskim, jak dla mnie, czas odczuwalnie zwalnia. Moje potrzeby się tam wyraźnie minimalizują. Mogłabym godzinami siedzieć przed domem Heleny i patrzeć jedynie na góry. Powietrze z kryształu, zapach górskiej łąki i odgłosy świata - śpiew ptaków, dzwonki pasących się krów, już o ryczeniu jeleni nie wspomnę, załatwiają mi właściwie cały program pobytu. Nic nie muszę zwiedzać, bo całą okolicę znam praktycznie na pamięć. Oczywiście miło odbyć sentymentalną podróż po tych pięknych, znanych okolicznych miejscach:
- Wysowa (niestety basen w Parku Zdrojowym znów nieczynny),
- Regietów (tylko tam w karczmie przy stadninie mam okazję raczyć się pierogami ruskimi z miętą),
- Góra Jawor (nawet tu dotarły obostrzenia sanitarne - pokrywę studni znaleźliśmy zamkniętą na kłódkę),
ale właściwie to tym razem tylko po to, by potem znów z utęsknieniem powracać na ławeczkę na tarasie Heleny i oddawać się przyjemności zatapiania w otaczającym świecie.

Aż do wieczora, żegnanego nad Jeziorem Klimkowskim...


Staram się to wszystko połapać na zapas - kto wie, kiedy znów będziemy mogli się cieszyć takimi cudami.
Ale tym razem w Uściu Gorlickim robię jeszcze rzecz, na którą nie byłam w stanie się zdobyć od śmierci Bartka. Wybieram się nad rzekę, gdzie w czasach jego wczesnego dzieciństwa spędziliśmy mnóstwo szczęśliwego, wakacyjnego czasu. To omal na przeciwko domu Heleny.
Ale nic z tych rzeczy się nie stało. Bo miejsce nad rzeką Ropą przez tych ostatnich 28 lat żyło swoim życiem, nie oglądając się wcale na mnie. Jej nurt zdążył wielokrotnie zmodyfikować swój bieg, nanieść łachy otoczaków w zupełnie nowe miejsca, a ze starych całkowicie je usunąć. Wszystko było inne - brzegi rzeki poszarpane inaczej niż kiedyś, strasznie niski poziom wody, która i kostek nie kryła, nawet letnich roślin, z wyjątkiem wszechobecnej mięty, już tam nie zobaczyłam. Jednym słowem nie znalazłam podczas tego wrześniowego przedpołudnia miejsca zapisanego w mojej pamięci. Było tak, jakbym zobaczyła je po raz pierwszy. Ot, po prostu jeszcze jeden ładny widoczek do kolekcji ładnych widoczków z okolicy. Obeszło się bez przytłaczających sentymentów. A ja mam kolejne wyzwanie za sobą - tak naprawdę nie do końca wiem, czy to jest wracanie tylko do sentymentalnych wspomnień, związanych z Bartkiem, czy wracanie do dalszego życia.
Jak wiele jeszcze tego typu doświadczeń przede mną? Wciąż na mojej wewnętrznej mapie życia są miejsca, których nie dotykam nawet myślami. Choć być może, tak jak w przypadku rzeki Ropy, niepotrzebnie boję się powrotów. Panta rhei...
W Uściu wracają też wspomnienia sprzed dwóch lat, gdy byłam w tych okolicach w sanatorium. Być może trzeba się będzie znów przeprosić z taką formą usprawniania ciała - kolana po raz kolejny zaczynają o sobie niebezpiecznie przypominać. To, że po powrocie do szkoły zmieniłam tryb życia na mocno siedzący, od razu daje znać o sobie. Tak naprawdę teraz moja aktywność fizyczna stała się tylko weekendowa.

Ale na szczęście na razie nie zasypiamy gruszek w popiele w tym temacie. Tak więc i koniec tego tygodnia staraliśmy się spędzić na świeżym powietrzu. W sobotę wybraliśmy się w okoliczne lasy na grzyby. To nie dlatego, że mieliśmy ich za mało - w Uściu kupiliśmy zapas borowików i rydzy chyba na cała zimę. Ale przecież ruch to zdrowie, a grzybobranie jest zawsze świetnym pretekstem do wyjścia z domu. No i maślaki, jakby nie było, to nieoceniony dodatek do jajecznicy i bigosu:)

Miałam też na świeżym powietrzu trochę prac do wykonania przed zimą w ogrodzie. Dziś udało mi się nowe cebulki tulipanów i hiacyntów otulić ciepłą jeszcze kołderką ziemi. Powiedziałam im już: do zobaczenia na wiosnę...
I wtedy naprawdę do mnie dotarło, że oto lato skończyło się bezpowrotnie, jesień i zima czekają na swoją kolej, a pogoda lada chwila może się diametralnie zmienić. Panta rhei... Jeszcze może kilka pogodnych tygodni, parę ciepłych weekendów. A potem właściwie chyba nie miałbym nic przeciwko temu, żeby ktoś mnie otulił ciepłą kołderką i powiedział: do zobaczenia na wiosnę...




























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz