Dzięki wyrozumiałości i sporej życzliwości nauczycieli na SWPS podczas urlopu zdrowotnego miałam jednak (wbrew formalnym przesłankom) możliwość uczestniczenia we wszystkich zajęciach, przewidzianych dla zimowego semestru studiów. Niestety już nie do końca wyszedł plan z przystąpieniem w sesji do każdego z egzaminów. No cóż, liczyłam się z tym, że nie przechytrzę systemu.

Ale i tak, to, co ukończyłam ponad plan w tym roku, będzie mnie odciążało w przyszłym, kiedy chciałabym zaliczyć jednocześnie dwa semestry - piąty i siódmy. Mam nadzieję, że mi się uda - myślę, iż przedłużanie ponad konieczną miarę etapu studiowania stanowiłoby dla mnie źródło niepotrzebnego zmęczenia i stresu.
Poza tym, nie chciałabym kontynuowania nauki w nowej grupie. Już teraz z naszej pierwotnej pozostało nas na SWPS - ie niewiele ponad połowę, w tym zaledwie siedmioro osób na wspólnych zajęciach w ramach specjalności klinicznej dorosłych. Nie mam ochoty na przechodzenie kolejnego procesu grupowego z nowymi osobami.
Sesja przerwała ciąg podróży, które uskuteczniałam z mężem w bieżącym roku szkolnym. Postanowiliśmy, że to czas, gdy ja będę się uczyć, a moja druga połowa leczyć. Mąż powracał bowiem z ostatnich wojaży bardzo umordowany. Było jasne, że dopóki nie podreperuje zdrowia, to dalsze wyjeżdżanie dokądkolwiek nie ma najmniejszego sensu. Trzeba było znowu podjąć wyzwanie związane ze zmierzeniem się z realiami polskiej służby zdrowia.
No więc zaczął się dla nas ciąg odwiedzin w przeróżnych gabinetach specjalistycznych. I odsyłanie od Annasza do Kajfasza. Pan torakochirurg nie pobierze wycinków do badań, bo zmiany w płucach są w miejscu, do którego się nie dostanie, mimo że pani pulmonolog prosi o konsultacje w kierunku nowotworu złośliwego (tak, właśnie tak napisała na skierowaniu i to po polsku, żebyśmy nie mieli wątpliwości - nie owija kobieta w bawełnę), w szpitalu nie zrobią tomografii komputerowej bez uprzedniego określenia poziomu kreatyniny (czyli kolejnej wizyty u lekarza rodzinnego w celu proszenia o skierowanie), a chirurg nie zakwalifikuje męża na operacje przepukliny póki nie wyleczy on choroby serca (jakby to było ledwie pstryknięcie palcami)! No jasny gwint! Człowiek się czuje, jakby się szarpał w każdą stronę, ale mimo wielkiego wysiłku, nie mógł w żadną ruszyć. Nie będzie to oczywiście nic odkrywczego jeśli podsumuję polski system ochrony zdrowotnej jednym słowem: MASAKRA!!!
No ale to jakby wiemy nie od dziś. Obecnie tylko po prostu przystąpiliśmy do kolejnego rozdziału batalii z systemem - mimo że ciężko było nam ponownie pozbierać siły po ostatnim starciu. Próba leczenia, którą podjęliśmy przed wakacjami zakończyła się bowiem kompletną porażką, chociaż początkowo wydawało nam się, iż wreszcie wychodzimy na prostą.
Po wiosennym pobycie w szpitalu pulmonologicznym w Zabrzu mój mąż został podopiecznym przyszpitalnej przychodni i szczęśliwym posiadaczem wielu skierowań, napełniających nas nadzieją na kontynuację leczenia. No i cóż z tego wyszło? W jednej z placówek odmówiono nam przyjęcia, bo na skierowaniu był błąd w jej nazwie (zawierającej skądinąd w treści to, czym się tam zajmują) - termin oczekiwania na kolejne spotkanie z pulmonologiem w celu sprostowania i korekty pomyłki kilkumiesięczny. W drugiej poradni dowiedzieliśmy się, że na pierwszą wizytę musimy poczekać co najmniej rok!!! No więc w dalszym ciągu jesteśmy w trakcie oczekiwania. Zaś w przypadku badania PET/CT (również z powodu diagnostyki w kierunku nowotwora złośliwego - wypisano to czarno na białym) po wielu tygodniach, zamiast terminu, otrzymaliśmy na początku czerwca urzędowe pismo. Odpowiedź na skierowanie brzmiała: “Po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną dyskwalifikuję pacjenta (...) do badania PET/CT ze względu na brak wskazań refundacyjnych NFZ.”
Po wiosennym pobycie w szpitalu pulmonologicznym w Zabrzu mój mąż został podopiecznym przyszpitalnej przychodni i szczęśliwym posiadaczem wielu skierowań, napełniających nas nadzieją na kontynuację leczenia. No i cóż z tego wyszło? W jednej z placówek odmówiono nam przyjęcia, bo na skierowaniu był błąd w jej nazwie (zawierającej skądinąd w treści to, czym się tam zajmują) - termin oczekiwania na kolejne spotkanie z pulmonologiem w celu sprostowania i korekty pomyłki kilkumiesięczny. W drugiej poradni dowiedzieliśmy się, że na pierwszą wizytę musimy poczekać co najmniej rok!!! No więc w dalszym ciągu jesteśmy w trakcie oczekiwania. Zaś w przypadku badania PET/CT (również z powodu diagnostyki w kierunku nowotwora złośliwego - wypisano to czarno na białym) po wielu tygodniach, zamiast terminu, otrzymaliśmy na początku czerwca urzędowe pismo. Odpowiedź na skierowanie brzmiała: “Po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną dyskwalifikuję pacjenta (...) do badania PET/CT ze względu na brak wskazań refundacyjnych NFZ.”
No i co ma zrobić człowiek (i jego rodzina) podejrzewany o bardzo agresywnego nowotwora złośliwego, któremu zamyka się wszelkie możliwe dojścia do uzyskania pomocy i opieki medycznej? Załamać się? Liczyć na cud? Czy może, tak jak to było w naszym przypadku, uznać, że będzie, jak ma być, skoro nic się więcej i tak zrobić nie da. I że jedyne, co pozostaje, to jak najlepiej wykorzystać czas, który jeszcze mamy... A o służbie zdrowia po prostu zapomnieć...
Tak zrobiliśmy. I końcem miesiąca spędzaliśmy już czas na wakacjach w Bretanii. Nie były udane, szkoda, bo to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy - nie wiem, jak wielki był w tym nieudaniu udział stresu, który w sobie nosiliśmy. Pewnie już się nie dowiem.


Teraz zaś w drugiej rundzie rozgrywki z systemem podjęliśmy następne starania o zrobienie użytku ze skierowań, otrzymanych w kolejnych podejściach od lekarza rodzinnego i pulmonologa. I z pewnością byśmy znów ponieśli klęskę, gdyby los się do nas nie uśmiechnął, w ewidentnie pokrętny sposób zresztą. Jednym słowem to rodzaj takiego śmiechu przez łzy - przynajmniej na początku całej historii. Zaczęło się bowiem groźnie: uwięźnięcie przepukliny, z którą nie można się było jakoś przebić na zabieg (nawet na etapie skierowania był problem), wizyta ratowników medycznych (poziom bólu nie pozwolił już na odwiezienie męża do szpitala samochodem), pobyt na SORze i operacja ratująca życie w trybie natychmiastowym. I nagle okazało się, że jak się musi, to się wszystko da zrobić - i to mimo choroby serca i dodatkowych kilogramów, które zawsze okazują się powodem, by lekarz mógł nie zrobić nic. A tym razem nie mógł.
Jesteśmy po. Cieszę się bardzo, bo operacja się udała i mąż dochodzi do siebie w zadziwiająco szybkim tempie. Nie opuszcza mnie jednak pytanie, czy naprawdę musieliśmy przejść aż przez taki stres, by uporać się wreszcie z jedną z (licznych) dolegliwości? I czy w przypadku każdej z chorób męża konieczna jest taka “droga przez mękę”, by w końcu coś w jego zdrowiu naprawić?
A może po prostu tylko my jesteśmy tacy nieudolni w kontakcie z systemem opieki zdrowotnej? Bo nie znaleźliśmy bowiem jak dotąd żadnego sposobu, by się przez niego skutecznie przebić. Raczej byśmy nie chcieli więcej liczyć na sytuacje zagrażające życiu...
Oczywiście opinia pod tytułem “MASAKRA” nie dotyczy ludzi, którzy w tym systemie muszą pracować i, jak się wydaje, też mają z nim ogromny problem. W szpitalu mój mąż był zaopiekowany przez wspaniałych lekarzy i pielęgniarki, którzy sprawiali wrażenie, że autentycznie im zależy na przeprowadzeniu pacjenta z choroby do zdrowia. Dziękuję najserdeczniej...




*
W hotelu Aquarion, który był wymarzonym od dawna obiektem moich westchnień, mieliśmy rezerwację założoną jeszcze w lutym (skorzystaliśmy z prezentu Travelist, który na Walentynki podarował swoim klientom bony, obniżające opłaty pobytowe). Na wypoczynek wybraliśmy termin początkiem marca, co było związane z celebrowaniem znaczącego wydarzenia z życia Wiki i Kacpra. Chcieliśmy sprawić dzieciakom z tej okazji ładny prezent. Nikt przecież nie mógł przypuszczać, że kilka dni przed wyjazdem mąż trafi do szpitala na operację ratującą życie.
Napisałam natychmiast do hotelu o tym, co się u nas wydarzyło. Zaproponowałam nawet przedstawienie dokumentacji lekarskiej w tej sprawie, bo nie chciałam, żeby ktoś pomyślał, że coś kręcę lub chcę naciągnąć.
Poprosiłam o przeniesienie rezerwacji na koniec marca, bo te kilka tygodni pozwoliłoby mężowi spokojnie przeczekać najcięższy okres rekonwalescencji w domu. Nowy termin, który zaproponowałam, znajdował się w tym samym przedziale cenowym, co pierwotnie przez nas wybrany.
Nie, to nie to, że obsługa hotelu odmówiła mi takiej zmiany. Dostałam zgodę. Tyle, że kazano mi za nią zapłacić taką kwotę, za którą wówczas po dodaniu kilkunastu (i to absolutnie dosłownie: kilkunastu!) złotych mogłam w wybranym terminie na koniec marca zarezerwować dla nas z mężem kolejny dwudniowy pobyt. I to znów w nie byle jakim ośrodku tylko również w wymarzonym od dawna hotelu Redyk Ski & Spa (oferta Triverny) w okolicy Zakopanego.
No i cóż? Który fan podróży wybierze oferowany w tej samej cenie (no dobra w tej samej + kilkanaście złotych dopłaty) jeden luksusowy wyjazd zamiast dwóch? Pewnie tylko taki, któremu zupełnie nie zależy na kasie, tzn. nie liczący się z nią bogacz. A to nie ja. Ani nikt z mojej rodziny.
Po wielu więc rodzinnych dyskusjach, w których mąż, jako sprawca całego zamieszania;) miał głos decydujący, uzgadniamy, że nie wniesiemy tak wysokiej opłaty za zmianę terminu na nowy. Zostaniemy przy starym. Dzieciaki skorzystają z rezerwacji na pewno. A my najwyżej zrezygnujemy z tego pobytu (i stracimy wpłaconą z góry kasę), jeśli mąż nie będzie w stanie dojechać do Aquariona prosto ze szpitala. No i trudno... Ale z kolei pieniądze, których nie wydamy na zmianę rezerwacji, pozwolą nam wtedy na zakup wypoczynku w Redyk Ski & Spa.
Czy hotel miał prawo zażądać tak wysokiej opłaty za zmianę rezerwacji? Tak, miał. Mówi o tym stosowna klauzula Travelist. W naszym przypadku chodziło o wprowadzenie zmian w przypadku czterech voucherów podróżnych (po dwie noce na każdą parę) i to zrobiło tak sporą sumę.
Ale prawda jest też taka, że między prawem zagwarantowanym na papierze, a tym, z którego się korzysta, czasem jest spora różnica. I w sytuacji losowej hotel mógł, ale rzeczywiście nie musiał, odstąpić od egzekwowania tak wysokiej opłaty. Przynajmniej w przypadku voucherów, które akurat mąż miał wykorzystać.
Tak, prosiliśmy o to. Ale ten system nie przewidywał litości dla kogoś, komu się właśnie powinęła noga. Korespondencja z hotelem nie pozostawiała żadnych złudzeń, że poza zyskiem nic nikogo w naszym obiekcie wcześniejszych westchnień nie interesuje. Jeśli można zarobić na czymś jeszcze poza sprzedawaniem bardzo drogich pobytów, to przecież czemu by nie? Obstawienie miejsc hotelowych prawie w 100% (tak było w naszym terminie) to przecież jeszcze za mało.
A że biznes wtedy zyskuje taką bezwzględną twarz, to właściwie kogo to obchodzi...
A że biznes wtedy zyskuje taką bezwzględną twarz, to właściwie kogo to obchodzi...
Chciałabym napisać, że w tym przypadku unieśliśmy się honorem i wypięli na bezlitosnych hotelarzy, ale tak nie było. Wpłacona wcześniej kasa za pobyt była dla nas zbyt duża, by beztrosko machnąć na to ręką. Pojechaliśmy... Mąż z drenem w brzuchu i wenflonem w żyle, ja z duszą na ramieniu i torbą podróżną wypełnioną w połowie lekami oraz środkami opatrunkowymi. Wszyscy pełni obaw i bez tego spodziewanego entuzjazmu, który zwykle towarzyszy wyruszaniu na wycieczkę w piękne miejsce...
Jakoś to przeżyliśmy. Ale przecież zamiast “jakoś” mogło być nadzwyczajnie, oszałamiająco i niewyobrażalnie dobrze. Miód niestety zyskał posmak dziegciu.
W drodze do Aquariona myślę więc o tym, że gdybym mogła wrócić w te okolice końcem marca, to wybrałabym jednak tym razem Redyk Ski & Spa. Bo nie lubię nieludzkich systemów przez które nie sposób się przebić... I świadomości, że moja prośba o pomoc w trudnej sytuacji wzbudza tylko ledwie zawoalowaną obojętność...
P.s. Relacja z pobytu w hotelu Aquarion w Zakopanym znajduje się we wpisie:














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz