Mija tydzień odkąd zdecydowaliśmy o pozostaniu w domu i izolacji. To wciąż zbyt krótko, by mieć pewność, że nie zamknęliśmy się w nim razem z wirusem. Ja na przykład w tygodniu poprzedzającym zamknięcie spotkałam się z mnóstwem ludzi i odwiedziłam naprawdę wiele miejsc - miałam zajęcia na uczelni, byłam w kościele, dwóch szpitalach (w tym w jednym odległym po wyniki badań, po drodze zaglądając do restauracji i kawiarni), zaliczyłam wizyty w poradni chirurgicznej, aptece, sklepie zaopatrzenia medycznego, robiłam zakupy w dużym markecie i na targu. Mało tego, dzień po dniu odwiedzili mnie: goniec roznoszący decyzje podatkową, pracownik poczty rozwożący paczki, pani listonosz... A przecież było to już po tym, gdy oficjalnie potwierdzono pierwsze zachorowanie w Polsce. Czy wcześniej ich nie było? Wątpię... Ale przekonywano nas, że sytuacja jest pod kontrolą. Jasne, że chcieliśmy w to wierzyć. Teraz zaś pozostaje tylko mieć nadzieję...
Greta Privitera z Politico tak opisuje zmagania z chorobą we Włoszech: “Jak na razie, bieżące rozkazy brzmią: oszczędzać skąpe środki dla tych pacjentów, którzy mają największe szanse na przeżycie. Oznacza to priorytet dla młodszych pacjentów, kosztem starszych”. (https://wiadomosci.onet.pl/politico/koronawirus-we-wloszech-nie-starcza-respiratorow-i-lozek-dla-intensywnej-terapii/0kdbk68)
W artykule cytuje też słowa Giulio Gallera, doradcy ds. opieki społecznej w Lombardii: “lekarze płaczą, widząc tragiczną sytuację w swoich szpitalach. Obawiają się, że nie będą w stanie zapewnić wszystkim potrzebnej im opieki, ponieważ potrzeby przekraczają dostępne zasoby”.
W artykule cytuje też słowa Giulio Gallera, doradcy ds. opieki społecznej w Lombardii: “lekarze płaczą, widząc tragiczną sytuację w swoich szpitalach. Obawiają się, że nie będą w stanie zapewnić wszystkim potrzebnej im opieki, ponieważ potrzeby przekraczają dostępne zasoby”.
My zaś nie mamy wątpliwości, że jeśli nie spowolnimy procesu rozprzestrzeniania choroby, to ten moment, gdy lekarze będą musieli dokonywać tak dramatycznych wyborów nastąpi u nas w kraju dużo wcześniej niż w o wiele bogatszych Włoszech z lepiej doposażonym i zorganizowanym systemem opieki zdrowotnej. Dlatego tak ważna jest kwarantanna domowa. Łudzimy się, że może przy zdecydowanie mniejszym niż we Włoszech tempie przyrostu zachorowań, pacjentom nie braknie łóżek w szpitalach i respiratorów, gdy już przyjdzie ich kolejka na zarażenie wirusem.
Niestety nasze złudzenia ostatnio bardzo skutecznie rozwiewa akcja zjeżdżania do domu rodaków całe swoje życie związanych z innymi niż Polska krajami. Wydaje się, że o ojczyźnie przypomina im tylko polski paszport, który można wykorzystać w sytuacji, kiedy tu czeka bezpłatna opieka zdrowotna w okresie epidemii. Już nawet nie piszę o tym, że akcja ta dość skutecznie niweczy nasze wysiłki spowalniania choroby - to raczej oczywiste. Jest przecież nie kończącym się przemieszczaniem ludności na wielką skalę, czyli czymś, czego chcieliśmy właśnie jako społeczeństwo uniknąć. Trudno sobie przy tym wyobrazić, że do Polski zjeżdżają osoby wyłącznie zdrowe, które nie były wcześniej narażone na kontakt z wirusem i na pewno nie stanowiące dla nikogo ryzyka zarażenia.
Ale napięcie rodzi się też z uświadomienia innych niekorzystnych następstw tego zjawiska.
Dwa dni temu podano, że szacuje się, iż chęć szybkiego powrotu do domu wyrazi nawet 0,5 miliona Polaków (https://www.euractiv.pl/section/bezpieczenstwo-i-obrona/news/koronawirus-po-zamknieciu-granic-polacy-wracaja-do-kraju/) Z artykułu wynika, że tylko do samej akcji “LotDoDomu” zgłosiło się już (to znaczy do tego momentu) 18 tysięcy osób. Jak czytamy w dalszej części tekstu: „Ta liczba rośnie i nie jest ostateczna. Każdej godziny napływają do nas informacje o tysiącach Polaków gotowych do powrotu i chcących wrócić do kraju z zagranicy”
Rozumiem, że dla niektórych to istotnie lot do domu, który mają w czasowo tylko opuszczonej Polsce. Sytuacja zamknięcia granic ich zaskoczyła podczas wykonywania obowiązków zawodowych, wyjazdu służbowego, czy choćby turystycznego. Trzymam kciuki, by wrócili bezpiecznie i jak najszybciej. Tym osobom mówię: jestem po Waszej stronie.
Ale co w przypadku reszty chętnych do powrotu? Tych, którzy mieszkają, pracują i zachwycają się w internecie życiem gdzie indziej? Czy ogarnął ich nagły wybuch tęsknoty za pozostawionym dawno krajem, czy też eksplozja uczuć o charakterze patriotycznym? A może to jednak plan na wyciągnięcie korzyści z systemu opieki zdrowotnej, który i bez tego nie jest wydolny?
Rozumiem, że dla niektórych to istotnie lot do domu, który mają w czasowo tylko opuszczonej Polsce. Sytuacja zamknięcia granic ich zaskoczyła podczas wykonywania obowiązków zawodowych, wyjazdu służbowego, czy choćby turystycznego. Trzymam kciuki, by wrócili bezpiecznie i jak najszybciej. Tym osobom mówię: jestem po Waszej stronie.
Ale co w przypadku reszty chętnych do powrotu? Tych, którzy mieszkają, pracują i zachwycają się w internecie życiem gdzie indziej? Czy ogarnął ich nagły wybuch tęsknoty za pozostawionym dawno krajem, czy też eksplozja uczuć o charakterze patriotycznym? A może to jednak plan na wyciągnięcie korzyści z systemu opieki zdrowotnej, który i bez tego nie jest wydolny?
“Według danych Narodowego Funduszu Zdrowia ok. 1,5 mln Polaków nie posiada ubezpieczenia zdrowotnego. W grupie tej wiele osób to najprawdopodobniej te, które wyjechały za granicę, które pracują na czarnym rynku (...) i wykonujący wolne zawody na umowach o dzieło.” donosi https://www.money.pl/ubezpieczenia/15-mln-polakow-bez-ubezpieczenia-zdrowotnego-ministerstwo-uspokaja-ws-koronawirusa-6489910352287873a.html. Z analizy wypowiedzi internetowych można wnioskować, że największe kontrowersje wzbudzają ludzie z tego pierwszego grona (jakoś jesteśmy oswojeni z myślą, że tym pozostałym trzeba ufundować w razie czego opiekę, skoro ich już mamy od zawsze w naszym kraju).
Hmmm, - “wszystkie szczury wracają bo za granicą trzeba płacić grubą kasę a tu za darmo będzie” (polak) - to tylko jeden z niewybrednych komentarzy pod artykułem. I właściwie trudno się dziwić tej niechęci stałych mieszkańców Polski do opisanego zjawiska. W przypadku epidemii będą zmuszeni do zafundowania w swoim biednym państwie drogich: diagnostyki, leków i procedur medycznych tym, którzy nagle poczuli się Polakami.
Nie chcę tych osób jakoś skrajnie czy niesprawiedliwie osądzać, na pewno są ludzie, którzy wybrali taką drogę nie tylko z powodu potencjalnych korzyści kosztem innych - wiem, że może im być przykro z powodu tego, co tutaj piszę. Trudno mi jednak przedkładać czyjeś samopoczucie nad moje, gdy w w głowie wciąż pojawia się pytanie: co ze mną będzie, gdy lekarze będą musieli dokonać wyboru, czy do respiratora podłączyć mnie, czy też kogoś młodszego, kto właśnie przypomniał sobie, że jest Polakiem? I właściwie to znam odpowiedź na to pytanie.
Hmmm, - “wszystkie szczury wracają bo za granicą trzeba płacić grubą kasę a tu za darmo będzie” (polak) - to tylko jeden z niewybrednych komentarzy pod artykułem. I właściwie trudno się dziwić tej niechęci stałych mieszkańców Polski do opisanego zjawiska. W przypadku epidemii będą zmuszeni do zafundowania w swoim biednym państwie drogich: diagnostyki, leków i procedur medycznych tym, którzy nagle poczuli się Polakami.
Nie chcę tych osób jakoś skrajnie czy niesprawiedliwie osądzać, na pewno są ludzie, którzy wybrali taką drogę nie tylko z powodu potencjalnych korzyści kosztem innych - wiem, że może im być przykro z powodu tego, co tutaj piszę. Trudno mi jednak przedkładać czyjeś samopoczucie nad moje, gdy w w głowie wciąż pojawia się pytanie: co ze mną będzie, gdy lekarze będą musieli dokonać wyboru, czy do respiratora podłączyć mnie, czy też kogoś młodszego, kto właśnie przypomniał sobie, że jest Polakiem? I właściwie to znam odpowiedź na to pytanie.
A to wszystko mimo oczywistego faktu, że ja całe życie dokładam się swoimi podatkami do utrzymania tego systemu opieki zdrowotnej, który powinien mi pomóc właśnie w sytuacji, gdy tego będę potrzebować. I oczywiście jestem też posiadaczką stosownego ubezpieczenia na rzecz ochrony zdrowia, opłacanego z moich poborów każdego miesiąca. No cóż drodzy przyjeżdżający, których zaraza wypłoszyła czasem naprawdę po wielu latach (lub dziesięcioleciach) z komfortowych warunków gdzieś poza granicami Polski - nie mam nic przeciwko Waszemu “powrotowi do domu”, ale jak mam z optymizmem patrzeć na odbieranie mi w taki sposób potencjalnego dostępu do pomocy medycznej w wypadku zachorowania? Bo chyba żaden z Was z empatią nie powie w sytuacji wyboru, czyje życie ma być ratowane: o nie, ta starsza pani powinna mieć przede mną pierwszeństwo... Czy to dla Was nie stanowi żadnego problemu natury etycznej? Bo dla mnie między tym prawem, które daje polski rząd, a tym moralnym jest zasadnicza różnica.
W przeciwieństwie do was nie mam innego miejsca zamieszkania, w którym mogłabym spędzić (i ewentualnie przechorować) czekający nas okres - tu jest mój dom i nie posiadam żadnego innego poza Polską. Tak wybrałam i konsekwentnie się tego wyboru trzymam. Zostanę tu także wtedy, gdy wy znów opuścicie pokład po epidemii i ruszycie do swojego lepszego życia. Oczywiście, jeśli będę miała szansę przeżyć. Nie chcę, by mi teraz ktoś ją odbierał...
*Zdjęcia (oprócz tego z forsycją) zrobiłam w Dolinie Karpia przy hotelu Karpik, jadąc ze szpitala w Wadowicach











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz