czwartek, 22 lipca 2021

DOBRA PASSA

Dobra passa w życiu naszej rodziny wciąż trwa - Kacper właśnie dostał się na sinologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, co było jego pierwszym wyborem:) Bardzo się cieszę wraz z nim:)

Super, że się udało 😎Na pewno świętuje😍😍 - napisała Ania.

Chyba nie 😶skoro D...... mu odjechała o 16 do Lublina

Ale na pewno będą świętować, jak wróci na jego urodziny😀 - wyrażam przypuszczenia.

Od Moniki też napłynęły dzisiaj dobre wieści - moi siostrzeńcy również zostali przyjęci do wybranych przez siebie szkół - Matylda do klasy francuskiej językowego liceum w Katowicach, Tymek zaś zakwalifikował się do grona studentów informatyki. I będzie studiował na tym samym Uniwersytecie co Kacper. Gratulacje najserdeczniejsze dla tych wszystkich mądrych dzieciaków:) Fajnie, że mają możliwość podążać za swoimi marzeniami:)

No ale nie wspomniałam tu jeszcze o Ani, która początkiem miesiąca otrzymała dyplom Instruktora rekreacji ruchowej w Górnośląskiej Wyższej Szkole Handlowej w Katowicach, co daje jej uprawnienia do prowadzenia zajęć jogi. Jeśli do tego dodać ukończone wcześniej studia podyplomowe z zakresu statystyki, to widać w tym wszystkim nie tylko mądrość, ale i wiele innych cech, które mnie niezwykle ujmują: wytrwałość, ambicja, chęć rozwoju, odwaga w podejmowaniu wyzwań, łączenie marzeń z pragmatyzmem. Tak, Ania to niezwykła dziewczyna i nie przestajemy dziękować Bogu, że wciąż jest z nami.

W tle zaś tych wszystkich naszych “naukowych” osiągnięć toczyło się normalne życie, skutkujące cyklicznymi, jak co roku, zmianami. Choć to pewnie dla innych tylko drobnostki, o których nawet nie warto wspominać, to moje życie właśnie z nich się głównie składa. Pomijanie ich byłoby trochę pomijaniem życia w ogóle. A do tego, wraz z upływem lat, to właśnie ta codzienność, ze wszystkimi swoimi błahymi blaseczkami i cienieczkami, które każdego dnia staram się rozjaśniać, cieszy mnie najbardziej.

Toteż chciałabym tu dziś napisać między innymi o radości z posiadania prywatnego słowika, który przeprowadził się do nas znad rzeki wraz z czasem dojrzałych czereśni. I wyśpiewywał najpiękniejsze słowicze pieśni z każdej strony mojego domu. To wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że nasza siedziba jest zewsząd otoczona drzewami, nawet jeśli nie do końca tego chcieliśmy i co jakiś czas podejmujemy walkę z siejącymi się wszędzie klonami jesionolistnymi. Ale nie tylko one sprawiają, że właściwie mam zielone tło w każdym oknie domu. Sosny, dęby, orzechy omal na wyciągnięcie ręki - czyż to nie ogromne szczęście móc patrzeć na ich zieleń dzień po dniu? A w tym wszystkim kolorowe motyle, które z powodu sąsiedztwa są gośćmi czasem i w moim salonie, a także roje świetlików, trochę spóźnionych w tym roku, ale za to obejmujących w swoje posiadanie już nie tylko łąkę nad rzeką, ale także nasze podwórko. To wszystko wydaje się zaczarowanym miejscem, gdzie można wieczorem zobaczyć odpoczywającą w trawie pod werandą sarnę, a kopciuszki rok po roku wychowują swoje młode w gniazdku pod dachem w okolicy drzwi wejściowych. Mój dom - zaczarowane miejsce, napawające mnie szczęściem i dumą.

Oczywiście nie całe zwierzęce sąsiedztwo jest przez nas witane z utęsknieniem. Na czereśniową ucztę zleciały stada ptactwa, choć tylko słowik i kopciuszki miały serdeczne zaproszenie, zaś nornic buszujących na naszym terenie jest tyle, że nawet Maciek nie wyrabia, a ślimaki zjadły właściwie całość plonu poziomek i truskawek:(

Te ostatnie stwory są zresztą od kilku lat niesamowitą plagą dla wszystkich roślin w moim ogródeczku. Kiedy rankiem wchodzę między swoje nędzne grządki, to czasem aż mi się płakać chce, gdy widzę po kilka sztuk tych szkodników na każdym z kwiatów wyjątkowo dorodnych w tym roku liliowców, czy też na pozostałych jeszcze przy życiu krzaczkach miniaturowych bratków. Zbieram ślimaki nawet po kilka razy dziennie, usuwając je na skraj naszej działki, gdzie na skarpie rośnie krzaczasta gęstwina, ale towarzyszy mi świadomość, że jeśli im się tam nie spodoba, to na pewno powrócą. Mam opór przed pozbawianiem świata jakiegokolwiek życia, ale po tej kilkuletniej walce z wiatrakami zaczynam rozumieć ludzi, którzy znacznie wcześniej stracili cierpliwość. A do tego jeszcze pewnie mają dużo więcej do stracenia niż ja. No bo co tu dużo mówić - ja jako ogrodniczka w tym roku nie popisałam się wcale. W moim ogródeczku do tej pory to właściwie natura sama starała się o jakieś efekty wizualne, co zresztą wcale nieźle jej wyszło, zważywszy na warunki z którymi musiała sobie poradzić:) Mimo licznych przeciwności losu na grządkach kwitną teraz pozostałości z zeszłego roku, między innymi: ogromny różowy groszek, nasturcje w wielu różnych kolorach, wysoki nachyłek, dwubarwna gailardia, a także moja największa duma: róże, w tym te jadalne. Jedna z nich w odcieniu głębokiej czerwieni zakwitła już także na grobku Luny.

To ta, którą podarowaliście mi z Wiki przed urodzinami A....... i stała się wówczas częścią mojej walentynkowej dekoracji - donoszę Kacprowi.

Od wiosny w ziemi przybrała postać dorodnego krzaczka:)

Staram się teraz trochę nadrobić czas i zadbać o nią w dwójnasób oraz o następne rośliny, które już powoli przygotowują się do kwitnienia. Cóż, lepiej późno niż wcale:)

I tak właśnie upływają mi teraz wakacje. Czas przemija leniwie, a ja próbuje spędzać go bez spinania się do czegokolwiek po raz kolejny. Chyba nie mam siły na nic, co jest znowu jakimkolwiek wyzwaniem.

Ale mam nadzieję, że w końcu jakoś powoli rozkręcę się do bardziej aktywnych form wypoczynku:) I to zanim dopadnie mnie stres, że oto już pierwszy wakacyjny miesiąc omal przeminął... A ja wciąż bez żadnego planu i pomysłu na ten kolejny, który pozostał do dyspozycji. I coś mi się zdaje, że niestety to spięcie czeka mnie prędzej niż się spodziewam. Ale póki co, wszystkim mniej leniwym i bardziej pomysłowym ode mnie, udanych wakacyjnych wyjazdów życzę:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz