Teraz już mogę naprawdę rozpocząć wakacje:)
A to oznacza, że od czasu zakończenia roku szkolnego udało mi się (trochę rzutem na taśmę:):
- sfinalizować sprawy związane z praktyką studencką i złożyć wymaganą dokumentację;
- dobrnąć do końca sesji i uzyskać absolutorium;
- domknąć i oddać do oceny pracę magisterską;
- zdać egzamin dyplomowy.
Tak, jestem świeżo upieczoną PSYCHOLOŻKĄ:) I cieszę się:)
Oczywiście ponoszę też koszty tego przedsięwzięcia:
- zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie;
- zaniedbanie domu, zaniedbanie ogródka, zaniedbanie siebie;
- wszelkie konsekwencje długotrwałego nieruchawego spędzania czasu przed komputerem i pocieszania się, jak zawsze, jedzeniem:(
Ale nie ma co narzekać. To się wszystko w końcu doprowadzi do porządku i zrównoważy wypoczynkiem. A za to już po miesiącu będzie można odebrać dyplom ukończenia studiów:)
Kiedy tuż przed egzaminem dyplomowym koleżanka, z którą zdawałam, powiedziała: ” to już naprawdę koniec”, to ten przekaz jakoś do mojej świadomości nie dotarł. Dopiero teraz powoli do mnie dochodzi. Tak, to już naprawdę koniec. Zrobiłam to:) Jakiś życiowy rozdział się zamknął, a jakiś inny, związany z nowymi możliwościami się otwiera. Co by nie mówić o życiu, to jednak jest ono ciekawe.
I tak oto nadszedł czas rozdziału “wakacje”. Ale kiedy dziś Maciuś zwrócił moją uwagę na torbę podróżną, wciąż do końca nie rozpakowaną po wyjeździe na Maderę (ale o tym innym razem:), wybierając to miejsce na poranną drzemkę, to nie poczułam ogarniającego mnie entuzjazmu. Najwyraźniej wciąż jeszcze potrzebuję czasu, by się pozbierać.
mam wrażenie, że zanim to odreaguję, to mi się chyba skończą wakacje - napisałam Helenie tuż po egzaminie dyplomowym.
Spokojnie. 2-3 dni wystarczy. Ciesz się, że Pani [Promotor - przyp. aut.] naciskała na wcześniejszy termin, bo jeszcze byś się mordowała - odpowiedziała przyjaciółka, która sama prowadzi seminaria magisterskie na Uniwersytecie Jagiellońskim
Rzeczywiście, wczoraj się przespałam, przeczytałam książkę - inną niż psychologiczną i od razu poczułam się trochę lepiej - donosiłam jej dwa dni później.
Tak, to był już zdecydowanie czas, w którym siły fizyczne zaczęły powracać. Natomiast hmm, jeśli chodzi o równowagę psychiczną...
- Ja doszłam do siebie tak po około trzech miesiącach - zdradza Monika, które miała obronę pracy końcem marca. No to przede mną jest jeszcze trochę czasu:)
Tym bardziej, że na razie adrenalina wciąż się wydziela. Bieżący tydzień to także ważny czas dla Ani i Kacpra, a ja oczywiście przeżywam to, stresując się wraz z nimi.
Szczególnie w życiu naszego syna jest teraz mnóstwo zmian i wyzwań. W maju Kacper zdecydował się na adopcję maleńkiego kociaka. Chciał jakoś zapełnić dom po wyprowadzce poprzednich mieszkańców. Ale nagle okazało się, że to nie taka prosta sprawa. We wszystkich schroniskach, do których dzwonił, kotki już były zarezerwowane, taka sama sytuacja miała miejsce w przypadku ogłoszeń na OLX. W końcu udało mu się znaleźć jakieś kocie maleństwo... aż w Lublinie. Musiał jednak uzbroić się w cierpliwość do czasu, gdy mały Jimbo się usamodzielni. Pojechał po niego dopiero końcem roku szkolnego.
Gdy wrócił z Lublina, to nagle okazało się, że przywiózł stamtąd nie tylko kotka:), ale i coś w sercu:)
No ale nie chcę tego zapeszać. Dzisiaj dziewczyna przyjeżdża do niego na kilka wakacyjnych dni i zobaczymy, jak to dalej będzie:)
Ale zmiany dotyczą nie tylko sfery uczuciowej mojego dziecka. Kacper trochę próbuje sobie zorganizować życie na nowo, startując ponownie od momentu, kiedy wyprowadził się z domu. Zdecydował się wreszcie zrobić użytek ze swojej pięknie zdanej matury i spróbować szczęścia na studiach. I jak na razie dostał pozytywny wynik podczas rekrutacji na sinologii w Lublinie i na Studiach nad Chinami w Krakowie. To wielki powód do dumy. Choć Kacper na razie sprawia wrażenie, jakby dla niego był to tylko wielki powód do stresu:). I trochę mi się to chyba udziela metodą emocjonalnego zarażania. Choć myślę, że to jakoś ogarniemy:).
Ania natomiast początkiem tygodnia miała planowany zabieg chirurgiczny. Mimo że dobrze go zniosła, to jednak też stresu było co niemiara. Na szczęście wszystko jest już w porządku i czeka ją tylko jeszcze zdjęcie szwów za tydzień.
W sumie więc cały ten tegotygodniowy stres ma szansę zakończyć się happy endem. I niech to się właśnie tak zakończy. Happy end od dawna był nam już potrzebny. Zasłużyliśmy na niego.
Więc tak jak w niemym kinie na końcu tego wpisu wystawiam tabliczkę z napisem:
THE END
Albo lepiej: HAPPY END
I podpis:
Psycholożka Bożena
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz