
Postanowiliśmy więc ją odzyskać i w tym celu wykorzystać ponowną możliwość spacerowania w nie tak całkiem odizolowanym od reszty świata miejscu. Plan był taki, żeby w tym tygodniu codziennie udawać się na spacer w jakieś mało, ale jednak uczęszczane miejsce.
No i niestety na razie skończyło się na jednorazowym wyjściu z domu. Potem znów przez dwa dni dochodziliśmy do siebie. To wyjałowienie i wysterylizowanie jakoś nam nie do końca służy.
No nic, będziemy dalej szli w kierunku nabywania odporności poprzez wizyty w miejscach mniej odludnych niż nasze gniazdko, gdzie się zaszyliśmy na dobre podczas tych ostatnich tygodni, choć jak widać, tempo będzie znacznie wolniejsze niż przypuszczaliśmy. No ale jednak lepiej powoli niż wcale.


Przecież nawet taki jednorazowy wypad z domu, ale wreszcie wyłącznie w celu rekreacyjnym ucieszył nas niesamowicie.
Pojechaliśmy do miejsca, które lubimy szczególnie. Z reguły, gdy myślimy o najpiękniejszych zakątkach w naszej okolicy, to w pierwszej kolejności przychodzi nam obojgu do głowy jedno miejsce: Czerna. A konkretniej, to mamy na myśli ten jej zakątek, gdzie osiedlił się zakon Karmelitów Bosych.
“Karmel w Czernej to nieskończone zielone przestrzenie ciągnące się po górzysty horyzont. To miejsce zawieszone pomiędzy światem Boga a światem ludzi. Na wyciągnięcie ręki, ale także ukryte w przestrzeni.
To 430 metrów bliżej Boga ponad codziennością! To czas odpoczynku u źródła”, jak można przeczytać na stronie Karmelitów Bosych (http://karmelczerna.pl/)
No i tak właśnie jest w tym miejscu - nie dość, że wszystkie zmysły przeżywają tam uniesienie (nawet smak, bo w domu pielgrzyma serwują pyszne ciasta i pierogi), to jeszcze duchowość wzrasta przynajmniej o te 430 metrów nad poziom morza. Uwielbiam to.
Chciałabym napisać, że każdy znajdzie w Czernej spokój i oderwanie od “świata ludzi”, ale czasem nie jest to takie proste w pierwszym kontakcie. Jakby nie było, to znane w okolicy miejsce pielgrzymkowe. Na szczęście teren klasztorny i okolice spacerowe wokół niego są na tyle rozległe, że przy odrobinie dobrej woli i starań można tam doszukać się choć chwili na sam na sam ze sobą. Albo na 430 metrów bliżej Boga. Albo na to, czego akurat się potrzebuje.


Tego kwarantannowego dnia, gdy znów można spacerować po okolicy, Czerna gości niewielu pielgrzymów, choć w ogóle zaskakuje widok ludzi, którzy znów żyją normalnie - spędzają czas w miejscu piknikowym na świeżym powietrzu, wyjeżdżają z domów na wycieczki, odwiedzają kościoły. Nawet przyklasztorna restauracja jest otwarta, można zjeść obiad dnia lub wstąpić na kawę (choć być może to tylko na wynos - nie wiem, bo niczego nie zamawiałam, gdy okazało się, że wciąż jeszcze nie ma ciasta ani pierogów:)


My też tego dnia spędzaliśmy czas, jakby nic się nigdy nie zmieniło, jakby nie było tej całej pandemii, strachu, ani zagrożenia. Spacerowaliśmy mało ze względu na wciąż jeszcze duże osłabienie męża, ale posiedzieliśmy trochę na ławeczce przed wejściem do lasu i oczywiście weszliśmy na dłużej do karmelitańskiego kościoła, gdzie mieliśmy okazję pobyć, no nie, nie całkiem sami, lecz z ekipą sprzątającą:) Korzystając z czasowego opustoszenia swojego terenu, zakonnicy sprowadzili tam nawet specjalny sprzęt, którym można się było dostać i wyczyścić najbardziej nawet niedostępne kościelne zakamarki na wysokościach. Muszę przyznać, że ten widok jakby trochę przesunął modlitwy na plan dalszy. Ale i tak uduchowienie sięgnęło co najmniej wspominanych już 430 metrów.
Dokładniejszy opis, zawierający konkretne liczby, możemy znaleźć na stronie Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Klasztor_w_Czernej):
“Kompleks znajduje się w Dolinie Eliaszówki i niemal z wszystkich stron otacza go leśny rezerwat przyrody Dolina Eliaszówki. Usytuowany jest na stoku wzgórza – w dokumencie z 1577 pod nazwą w Bełku – o wysokości 430 m n.p.m., porośniętego lasem, który skrywa pozostałości po dawnych zabudowaniach klasztornych. Cały teren o powierzchni 80 ha pierwotnie otoczony był murem klauzurowym o długości ponad 4 km i wysokości 2,5 m, wzniesionym w latach 1640–1672, którego ruiny zachowały się do dziś.”
Opuszczamy ten ulubiony kompleks wciąż w niedosycie, więc nie wybieramy prostej i najkrótszej drogi do domu. Jedziemy przez kolejne tereny leśne - postanawiamy jeszcze sprawdzić, jak wygląda ta wiosna na pobliskiej Nawojowej Górze.

Jakże przepiękny jest dokoła widok młodego, świeżo zazielenionego buczynowego lasu na podściółce z brązowych, opadłych jesienią liści, wśród których królują teraz fiołki.
Potem przejeżdżamy pod zamkiem Tenczyn w Rudnie,
ach jakie to cudne rejony, o tej porze roku wypełnione kwitnącymi jabłoniami i gruszami.

Po drodze mijamy urokliwy Staw Wroński w Tenczynku - zanim człowiek opanował sztukę melioryzacji, tutejsza okolica była pełna niewielkich zbiorników wodnych, pewnie nasi przodkowie niegdyś po prostu mieszkali na bagnach. Dzielni ludzie, jak wielką musieli opanować wiedzę o otaczającym świecie, żeby tu przeżyć!
Cały otaczający świat stanowi dla mnie obecnie jedno wielkie uniesienie.


Jakże przepiękny jest dokoła widok młodego, świeżo zazielenionego buczynowego lasu na podściółce z brązowych, opadłych jesienią liści, wśród których królują teraz fiołki.
ach jakie to cudne rejony, o tej porze roku wypełnione kwitnącymi jabłoniami i gruszami.

Po drodze mijamy urokliwy Staw Wroński w Tenczynku - zanim człowiek opanował sztukę melioryzacji, tutejsza okolica była pełna niewielkich zbiorników wodnych, pewnie nasi przodkowie niegdyś po prostu mieszkali na bagnach. Dzielni ludzie, jak wielką musieli opanować wiedzę o otaczającym świecie, żeby tu przeżyć!
Cały otaczający świat stanowi dla mnie obecnie jedno wielkie uniesienie.

Wracamy do domu napełnieni wdzięcznością dla Stwórcy.

Za radość z obcowania z Jego najdoskonalszymi dziełami, piękny dzień, ponowną możliwość odwiedzania miejsc, w których już tak dawno nas nie było.
I za poczucie normalności towarzyszące nam przez te parę wiosennych godzin. Przekonaliśmy się, jak bardzo nam go brakowało. Tęsknimy za światem, który był. Marzymy o czasie, w którym znów pozbędziemy się pandemii i izolacji.
Proszę, pozwól nam tego doczekać Boże. Dożyć tych szczęśliwych dni, które kiedyś uważaliśmy za dni zwykłe i codzienne.

Za radość z obcowania z Jego najdoskonalszymi dziełami, piękny dzień, ponowną możliwość odwiedzania miejsc, w których już tak dawno nas nie było.
I za poczucie normalności towarzyszące nam przez te parę wiosennych godzin. Przekonaliśmy się, jak bardzo nam go brakowało. Tęsknimy za światem, który był. Marzymy o czasie, w którym znów pozbędziemy się pandemii i izolacji.
Proszę, pozwól nam tego doczekać Boże. Dożyć tych szczęśliwych dni, które kiedyś uważaliśmy za dni zwykłe i codzienne.









































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz