Codzienność w czasach kwarantanny jest spowolniona, żeby nie powiedzieć rozleniwiona. “There is no longer AM and PM. There is just “coffee time” and “wine time” - Ania przysyła wytłumaczenie hasła quarantine, które można znaleźć na stronie https://www.instagram.com/hipdict/



No może aż tak dobrze to nie jest, ale ktoś, kto lubi swój dom, raczej nie ma poczucia krzywdy, że musi w nim spędzić tyle czasu. Zwłaszcza, że po otwarciu parków i lasów poczucie uwięzienia przestało przyduszać i na pewno nie przytłacza w takim stopniu jak dotychczas, jeśli tylko się z nowego prawa korzysta. Poza tym zrobiło się jakoś lżej na duchu w obliczu faktu, że znów można się przemieszczać, choćby w takim niewielkim zakresie.
Nawet my z mężem przejechaliśmy sobie z przyjemnością (i z zachwytem!) przez pobliski las, choć było to niejako “przy okazji” wizyty na stacji diagnostycznej. Nasze samochody potrzebowały nowego przeglądu technicznego i trzeba było opuścić wreszcie domowe pielesze. Tak dawno nie miałam do czynienia z innymi ludźmi, że i widok znajomego diagnosty sprawił mi dużą przyjemność. Nawet jeśli był (tak jak i ja) dość dobrze zamaskowany. Na dodatek jeszcze natknęłam się w tym miejscu na brata - spotkanie tym milsze, że nieoczekiwane, akurat tak się złożyło, że Robert przyjechał do przeglądu z własnym samochodem.


Następny zamaskowany klient wkroczył do biura z dużym rozmachem. Wylewnie przywitał się z diagnostą i moim mężem. Uciął sobie z nimi krótką przyjacielską pogawędkę i umówił się na konkretną godzinę przyjazdu na stację. Pożegnał się znów z wylewnością, zanim szybkim krokiem udał się w swoją stronę.
- Ty, ale kto to był? - spytał wkrótce po tym diagnosta.
- Nie wiem - przyznał rozbrajająco mój mąż.
Takie to teraz mamy kontakty społeczne w czasie pandemii. Przypomina mi się żarcik rysunkowy, jaki miesiąc temu koleżanka ze studiów zamieściła na swoim facebookowym koncie. Na pierwszym obrazku scena łóżkowa z okresu kwarantanny - para w maseczkach, kobieta mówi do mężczyzny “Kocham cię Stefan”. Na drugim rysunku tylko postać męska. Głos spod maseczki: “Ale ja nie jestem Stefan”. Podpis: “Miłość w czasach zarazy”.


Hmmm, obowiązkowe noszenie maseczek zdaje się być więc trochę ryzykowne (no i na pewno mało przyjemne:(
Potrzebowałam też trochę czasu, by przyzwyczaić się do tego, że obecnie każdy napotkany człowiek jest zamaskowany. Bardzo to stanowi niezwykły widok. Też bym chyba nie rozpoznała nikogo w takiej zasłoniętej wersji.


Przyglądam się temu nowemu światu podczas naszego inaugurującego częstsze wypady z domu wyjazdu - cóż, trzeba będzie przywyknąć.
Wracając ze stacji i widząc wreszcie puste parkingi pod sklepami postanowiliśmy też pierwszy raz od czasu rozpoczęcia kwarantanny zrobić samodzielnie większe zakupy. Stwierdziliśmy (to znaczy mąż stwierdził, bo ja jestem bardziej ostrożna), że przy obecnych przepisach, regulujących zasady dystansu społecznego, możemy sobie na to pozwolić.
Zresztą, gdy zaczynaliśmy izolację, to liczyliśmy się z 2-3 miesięcznym okresem pozostawania w domu. Teraz, gdy mówi się, że to będą nawet dwa lata, trzeba było zrewidować swoje stanowisko w sprawie korzystania z pomocy innych ludzi w odnawianiu naszych zapasów żywności. Nie wyobrażam sobie, żeby przez cały ten długi czas obarczać kogokolwiek takim obowiązkiem. Trzeba nauczyć się żyć w tej nowej rzeczywistości.
Pierwsze od dłuższego czasu zakupy sprawiły zresztą nie lada radość. Sklepy znów wzorowo zaopatrzone i wreszcie można na przykład samemu decydować, jaki chcemy wypić rodzaj maślanki do obiadu:)
W ogóle cała ta kwarantanna to solidna porcja nauki czerpania radości z drobiazgów. Pierwsze promienie słońca, zbudzonego przez ptasie trele, zapach świeżo zmielonej i zaparzonej kawy (wreszcie nauczyłam się obsługiwać mój super ekspres) w delikatnej, porcelanowej filiżance, żywy i napełniający podziwem kolor fuksji na płatkach nowo rozkwitłych tulipanów - z takich właśnie błahostek mogę się cieszyć każdego dnia.
Mnie to wystarcza...
Mnie to wystarcza...
Rankiem z okien salonu dostrzegłam jeszcze jedną drobnostkę, o którą dzisiaj wzbogacił się świat. Za mocno zielonymi już wierzbami zauważyłam czubeczki gałęzi biało obsypanej gruszy nad rzeką. Natychmiast musiałam to obejrzeć z bliska. No i zobaczyłam takie cudo...
A za gruszą obnosiła się ze swą urodą równie biała czeremcha, kolejne - już na skraju rzeki. Nad nimi zapach, za który dałabym się pokroić, chyba najbardziej kojarzący mi się z wiosną. Nawet Luna wyglądała, jakby była nim oszołomiona.



“Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty”... (M. Grechuta)



“Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty”... (M. Grechuta)
I tak to omal ze śpiewem na ustach i tanecznym krokiem wracamy z ukochaną psiną ze spaceru z radością i białym bukietem w ręku. Odtąd poranki w moim domu będą pachniały czarną kawą i białą czeremchą jednocześnie. I to dopiero jest odlot.


No więc mam teraz “coffee time” w wypełnionym wiosną domu. Zanim doczekam "vine time", relaksuję się na kanapie, delektuję się podwójnym espresso, napawam wiosennym zapachem i myślę o jeszcze jednym haśle, które pojawiło się w internecie kilka dni po rozpoczęciu naszej kwarantanny:
“Pierwszy raz możesz uratować ludzkość nicnierobieniem i leżeniem przed telewizorem Nie spierdol tego.”

































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz