czwartek, 16 kwietnia 2020

ZMĘCZENIE

Poczułam się zmęczona. Nawet nie kwarantanną. Akceptuje ją w takim samym stopniu, jak inne zasady zachowania bezpieczeństwa. Ale ciągłe koncentrowanie się na wirusie zamiast po prostu na życiu, jest trudne i nużące.


















Szczególnie zaś męczący jest zamęt, który nam swoimi decyzjami wprowadza w tę kwarantannę władza. Chyba już wszyscy mają dość prawa pisanego na kolanie i uchwalanego w jedną noc, a poprawianego w kolejną na drugim kolanie.
Od wczoraj na przykład nie możemy wychodzić z domu bez maseczek na usta i nos, ale już po weekendzie (który właśnie się zaczyna) rząd zapowiada złagodzenie ostatnio wprowadzonych obostrzeń. No to jak to w końcu jest - sytuacja epidemiologiczna się poprawia czy pogarsza? Czy potrzebujemy wzmocnienia izolacyjnego rygoru, czy właściwie możemy powoli z niego rezygnować?

















No i niby dobrze, że znów od przyszłego tygodnia będziemy mogli pójść na przykład do lasu lub do parku, ale czy te nowe przepisy będą jeszcze w jakikolwiek sposób powiązane ze stanem epidemii, czy też jest to już absolutnie radosna twórczość prawna, stanowiona tylko po to, by pokazać społeczeństwu, że władza coś z problemem wirusa robi (no bo jakby nie było, nowe przepisy tworzy, mnoży, wprowadza korekty i w ogóle zasypuje tym wszystkim zwykłych ludzi)?

















Tymczasem w realu zmian nie widać i raczej nic się nie poprawia - sytuacja w służbie zdrowia pozostaje tragiczna (zresztą mamy już pierwszą ofiarę śmiertelną wśród personelu medycznego), gospodarka pada, kolejne tarcze antykryzysowe w dalszym ciągu, jak okrzyknięto w internecie, są dziurawe i pozostawiają wiele do życzenia, zabroniona jest działalność, którą przy zastosowaniu zasad dystansu społecznego można by prowadzić zupełnie bezpiecznie.
Odnosi się wrażenie, że w tym całym “zaopiekowaniu się” nami przez decydentów brak jakiejkolwiek logiki i spójności. Doskonale to obrazuje mem, którego wczoraj dostałam z napisem: “Minister zdrowia, profesor nauk medycznych, najpierw mówił, że maseczki w niczym nie pomagają i dziwi się ludziom, którzy je noszą, natomiast teraz twierdzi, że są niezbędne i będą nas chroniły przed koronawirusem, ale dopiero od czwartku. Czego nie rozumiesz?”
Takie wypowiedzi i sytuacje niestety nie wzbudzają zaufania do przedstawicieli władzy. No bo jakże to możliwe, że dopóki w Polsce maseczki w ogóle były niedostępne (bo nikt nie zadbał o to, by Polaków na czas zaopatrzyć w środki ochrony medycznej), to głosiło się, że są niepotrzebne, a teraz, gdy pojawiły się na rynku po tym, jak ludzie się rzucili, żeby je szyć, to zrobiły się nagle koniecznie potrzebne?
I oczywiście każdy ma obowiązek zaopatrzyć się w nie we własnym zakresie. Czyli jeśli ktoś nie zamówił tego wcześniej przez internet (dużo wcześniej, bo obecnie czas dostawy przesyłek z powodu wzrostu ich ilości wydłużył się znacznie), wyprzedzając posunięcie ministra zdrowia, to teraz powinien wyprawić się na miasto i narazić podczas zakupów swoje zdrowie, żeby później być bardziej bezpiecznym (może nawet już po tym jak się podczas tego uganiania za maseczką czymś zarazi).
















Eh, nie pociąga mnie takie ryzyko i wyruszanie na jakiekolwiek poszukiwania tylko dlatego, że władza pozwala nam wychodzić z domów, by kupować to, co uważa za stosowne (ostatnio rzeczywiście już niewiele zostało z tego, co nam wolno). Mam przecież swoją prywatną akcję #zostajewdomu - zgodną z wytycznymi własnego rozumu i logicznego myślenia.
Zresztą, przyznaję szczerze, że akurat o maseczki wcale się martwić nie muszę. Dostaliśmy je od Wiki i Kacpra wraz ze świątecznymi zakupami. To takie komfortowe, gdy ktoś myśli o naszych potrzebach.


Więc rankiem z tym swoim komfortem, maseczką i Luną, której towarzyszę, wybieram się wreszcie na dawno oczekiwany spacer nad rzekę. Noga już wydobrzała na tyle, że nie kuśtykam, a choć jeszcze boli, to nie aż tak bardzo, bym nie mogła pokonać dystansu łąki przed domem. 
A nad rzeką wszystko zgodnie z oczekiwaniami - dzikie drzewka już prawie przekwitły, zostały tylko jakieś marne resztki kwiatków na gałązkach.

Jedynie na nadbrzeżną gruszę i czeremchy jeszcze nie nadeszła pora kwitnienia. Co do jabłoni, to niestety już ich właściwie nie ma - chyba wszystkie zostały wycięte przez bobry, szkoda, najokazalsza z nich rodziła naprawdę smaczne papierówki. Ale i tak jest pięknie, cała okolica bardzo się zazieleniła w okresie, gdy byłam w tym miejscu nieobecna.

Myślę o tym, jak bardzo los jest dla mnie łaskawy podczas tego okresu izolacji. Wyliczam wszystkie błogosławieństwa, które są moim udziałem. Mam wygodny dom i nie musimy się z mężem obijać o siebie w ciasnym mieszkanku. Jeśli chcę, to mogę zawsze spędzić czas na świeżym powietrzu - na werandzie, w ogródeczku, na podwórzu - nie czuję się tak zamknięta, jak ludzie w blokach. Mam Lunę i wolno mi wychodzić z nią na spacer, zresztą i tak tu nikt nas nie kontroluje, bo rzeka płynie po prostu skrajem prywatnej łąki pod naszym domem.

Wreszcie nie jestem w tym całym okresie sama ani samotna. I to uprzywilejowanie jest dla mnie bezcenne. Ludzie, z którymi dzielę obecny czas, są dla mnie największym darem. Przypomina mi się napis na jednej z pocztówek z edycji Świętego Pawła, które były naszym pierwszym pomysłem na biznes. Więc, zapożyczonymi z nich słowami, chciałabym dziś powiedzieć każdemu z moich Bliskich: “Czy to nie wspaniałe, że ja i Ty żyjemy w tym samym czasie?” Dzięki temu cudownemu, kompletnie nieoczywistemu zbiegowi okoliczności, możemy się otaczać wzajemnie troską i pomocą, teraz, gdy tego potrzebujemy najbardziej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz