Przymus pozostania w domu zadziałał na mnie w sposób, którego się nie spodziewałam. Zwłaszcza, że ostatnio przystosowywanie do izolacji szło mi całkiem nieźle.
Jakoś do tej pory to siedzenie w domu nie wydawało mi się takie trudne, ale na myśl o “zaostrzeniu obostrzeń” od razu przemożnie zatęskniłam za wyjściem na świat. No i dziś wybrałyśmy się z Luną na spacer - zwierzam się Ani w codziennej porcji messengerowych wieści.
Tak to jest 😃jak bardzo czegoś nie wolno, to tym bardziej się tego chce😃 - dostaję pełną zrozumienia odpowiedź.
No więc w dzień, gdy zaczynają obowiązywać nowe przepisy, postanawiam towarzyszyć Lunie w jej codziennym krótkim obchodzie terenu.
Prawda jest taka, że ostatnimi czasy nasza psina nikogo do tego nie potrzebowała. Za swoje terytorium uznała rozciągającą się przed domem łąkę, którą raz dziennie wczesnym rankiem przemierzała w kierunku rzeki. To już dziesiąty rok życia naszej ulubienicy, więc siły do spacerowania nie te, co kiedyś.
Prawda jest taka, że ostatnimi czasy nasza psina nikogo do tego nie potrzebowała. Za swoje terytorium uznała rozciągającą się przed domem łąkę, którą raz dziennie wczesnym rankiem przemierzała w kierunku rzeki. To już dziesiąty rok życia naszej ulubienicy, więc siły do spacerowania nie te, co kiedyś.
Szczerze powiedziawszy, rzeka, stanowiąca naturalny kres łąki, jest po prostu o rzut beretem od granicy naszej działki. Ale dla mnie to też stanowi dystans, który w zupełności wystarczy. Marząc o spacerze, miałam na myśli właśnie tylko tyle, by opuścić dom z podwórkiem. Wyjście w świat w czasach zarazy nabrało nowego znaczenia.
Ale potrzeba została zaspokojona. I uciszyła się trochę obawa, dotycząca ograniczania wolności. Mimo nowych zakazów wciąż mam przecież dostęp do tego cudownego miejsca nad rzeką, które ukazuje stałość świata, mimo zmieniających się tak szybko okoliczności. Ten spacer to również jakaś irracjonalna konieczność namacalnego sprawdzenia, czy dotychczasowe życie na zewnątrz naszego obecnego domowego mikrokosmosu” wciąż jeszcze istnieje w tej samej, znanej nam formie.
I tak, z radością potwierdzam to, co widzę każdego dnia z okien salonu (ale to jednak nie to samo, co dystans na wyciągnięcie ręki:) - rzeka płynie tak jak zawsze, błyszcząc się w słońcu i szemrząc na kamieniach, kaczki dalej pluskają się w wodzie, a nadbrzeżne drzewa wciąż mają ślady po bobrowych siekaczach. Tylko sąsiad , niestety, w ostatni weekend wyciął sporo drzewek rosnących na wale przy brzegu. Poza tym bez zmian...
Widzimy je za to na mieście, gdy powracamy do domu spod budki z chlebem. Na parkingach na zewnątrz każdego większego sklepu widać ogromne kolejki. To efekt ograniczenia liczby klientów, którzy jednocześnie mogą robić zakupy wewnątrz. No i to niby też jest dobre zalecenie. Ale jak ja, widząc te kolejki, mam teraz prosić naszego uczynnego znajomego o zrobienie nam większych zakupów? Jeśli to się jakoś nie wyreguluje, to musiałby chyba spędzić pół dnia na takim parkingu, by nam pomóc.
Nie napawa mnie to optymizmem. Czuję, że jakoś dziwnie mi się humor zwarzył. Snuję się po domu w nastroju, który do końca dnia coraz bardziej się obniża.
Dziś mam dzień wielkiej tęsknoty - piszę wkrótce potem do dzieci.
Chyba trochę mnie przygnębia bliska perspektywa samotnych Świąt😟
Napiszcie, że jakoś damy radę:)
No i zaraz przychodzi zapewnienie od Wiki, że oczywiście sobie poradzimy. A potem dzwoni przyjaciółka ze studiów, która też nie będzie spędzała Świąt z dziećmi i proponuje swój sposób na rozwiązanie problemu: włączyć skypa i jeść wielkanocne śniadanie w internetowym połączeniu z bliskimi.
Choć wciąż nie mogę uwierzyć, że do tego doszło, to jednak muszę przyznać, że jest to jakiś pomysł na ten zbliżający się czas. W rozmowie z Anią też słyszę podobną propozycję. Pada nawet nowy termin, który jeszcze nie tak dawno uznałabym za kompletną abstrakcję. “Święta online” - oto co nas czeka w tym roku.
Ale wiem, że tak trzeba. Prawdą jest to, co mówi moja ukochana przyjaciółka ze studiów - wystarczy ulec tylko tej tęsknocie za bliskimi i robi się w naszej izolacji wyłom, który zatacza coraz szersze kręgi. Nie mogę do tego dopuścić. I potrafię się w tym upilnować. Sama. Bez kolejnych nowych obostrzeń, które niby potrzebne, a sprawiają tylko, że czuję się coraz gorzej.
Święta online - jakich przedziwnych czasów żeśmy doczekali...
Święta online - jakich przedziwnych czasów żeśmy doczekali...







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz