Trochę pozazdrościłam dzieciakom krakowskiej wiosny. Zdjęcia z drzewami, które są wprost obsypane kwiatami, wzbudziły omal zazdrość.
W Krakowie wiosna zawsze nadchodziła szybszym krokiem. To spostrzeżenie już z okresu studiów - piszę do Wiki.
Niemniej tuż po weekendzie postanawiam sprawdzić, czy może coś się zmieniło od moich studenckich czasów. Luna wyprowadza mnie więc kolejny raz nad rzekę:)
Wkrótce potem znów jestem na internetowych łączach:
my właśnie po spacerku
i po kąpieli, której nie zdołałam zapobiec
jeszcze mieliśmy niespodziankę - gdy wracaliśmy, to się okazało, że ktoś nas obserwuje z krzaków
No i potem nam wybiegł na spotkanie
Szukaliśmy razem wiosny, ale nad rzeką wszystko jeszcze w pączkach
Niemniej przyznać trzeba, że nie poddaliśmy się tak szybko. Przepatrzyliśmy chyba każdą zapączkowaną gałązkę. Może choć jeden kwiatuszek rozchylił swoje płatki?
I tak chodziliśmy i chodziliśmy - znad rzeki przenieśliśmy się na obrzeża łąki i sprawdzaliśmy porośnięte jej samosiejkami brzegi z każdej strony. A słońce w tym czasie grzało coraz mocniej i mocniej...
I chyba wreszcie na skutek jego działania właściwie na naszych oczach zaczął się dokonywać cud wiosennego rozkwitu. Praktycznie już na naszej działce. To nic, że jeszcze z wielką nieśmiałością.
Mogę więc wreszcie odtrąbić sukces i napisać dzieciom:


W kilka słonecznych godzin później, już przez swoje okna w salonie, mogę zobaczyć, to o czym marzyłam. Pierwsze w tym roku drzewo całe ubrane w kwiecistą białą sukienkę:) No, to jest wreszcie kwiecień jak się patrzy. Nie jakiś tam sobie plecień...
Poza tą istotną zmianą, świat pozostaje taki sam jak przez ostatnich kilka dni. Jednak jeden z jego szczegółów, który na skutek podjętych niedawno obostrzeń stał się niezwykle kłopotliwy, ma dla nas wyjątkowe znaczenie. Chodzi o kolejki przed sklepami - w Wielkim Tygodniu szczególnie daje się we znaki niemożność bezproblemowego zrobienia przedświątecznych zakupów. Internetowe prognozy w tym względzie są wręcz zniechęcająco - przerażające. No i cóż mamy robić - sami stać nie będziemy, znajomych nie chcemy wrabiać, brat pracuje...
Więc tak, mieliśmy się nie spotykać z dzieciakami do końca izolacji. Ale, Bogu dzięki, los zechciał inaczej. W sytuacji, gdy tęsknota była już trudna do wytrzymania, zdecydował za nas.
Hurrra, Kacper i Wiki zrobią nam świąteczne zakupy w Krakowie!!! I przywiozą je do nas w Wielki Czwartek!!! Czy może być większe szczęście w te Święta?
Odpowiedź na to pytanie brzmi: spotkało mnie właśnie coś najlepszego, co mogło się przydarzyć:). Przez cały dzień chodzę napełniona radością.
Tylko po to, by nazajutrz doświadczyć, jak pokrętne bywają koleje losu. Tak, dzieciaki owszem przyjadą, ale ja nie mogę się na to przygotować tak, jakbym chciała, bo przytrafia mi się kontuzja, która na półtora dnia wyłącza mnie z życia.


Późną jesienią - w ostatnią noc przed wyprowadzką Wiki i Kacpra do Krakowa mieliśmy przykry przypadek - pod garażem, nad którym było ich mieszkanie, zapaliło się drewno opałowe zgromadzone na zimę. Choć nic się poważnego nie stało i cały incydent skończył się na tym, że dzieciaki solidnie najadły się strachu, to jednak musiały interweniować odpowiednie służby: policja, pogotowie, oczywiście strażacy. Ci ostatni, jeszcze przed uruchomieniem pompy, rozgrzebali płonący stos drewna, rozrywając przy tym skrzynię, w której był umieszczony. Ponieważ wkrótce potem nastąpiła zima, cały ten nieporządek pozostał do tej pory, zachodząc na moje grządki w ogródeczku za garażem. A tam przecież zaczęły już kwitnąć pierwsze wiosenne kwiaty. Te, które mieli podziwiać Wiktoria z Kacprem.
Uznałam więc, że tak dalej być nie może. Muszę uprzątnąć drewno za garażem przed przyjazdem dzieciaków. Żeby moi najmilsi zobaczyli, jaki zrobiłam tam dla nich wiosenny ogródek.
No więc wyruszyłam do pracy w przeddzień ich przyjazdu. I ledwo weszłam na stos drewna, gdy już zwinęłam się z bólu. Okazało się, że stanęłam dokładnie na desce z rozwalonej przez strażaków skrzyni, z której centralnie pionowo sterczał sobie, jak gdyby nigdy nic, wielki zardzewiały i brudny gwóźdź! Przebił nie tylko podeszwę buta, ale i stopę, mało brakowało, a byłoby na wylot... Eh, życie, ty mnie nie za bardzo rozpieszczasz...
![]() |
| Sprawca całego zamieszania |
No ale nie mam prawa narzekać na los, jeśli w zamian obiecał mi nazajutrz coś najlepszego, co mogło się przydarzyć - planowane spotkanie z dzieciakami dodaje mi sił . Jakoś udaje mi się dojść do domu, zatamować krew i zapanować nad bólem za pomocą tabletek, które mąż dostał po operacji. Najbardziej boję się infekcji i połączonej z nią gorączki. Jakoś mam przeświadczenie, że teraz pacjentów z wysoką temperaturą kieruje się obligatoryjnie na oddział zakaźny. A dla mnie - z obniżoną odpornością, jaką mam - to byłby koniec. Nie mam żadnych wątpliwości, że w takim miejscu na pewno zaraziłabym się od kogoś koronawirusem i po prostu tego nie przeżyła.
Leki męża są bardzo mocne, w związku z czym następne godziny po ich przyjęciu mam jakby trochę wykreślone z życiorysu. Do życia wracam jakieś dwie godziny przed przyjazdem dzieciaków. Bez infekcji i gorączki - z przytłumionym już bólem i dosyć spuchniętą stopą. Ale z tym się da na szczęście przeżyć.
Kuśtykam do kuchni, by mimo wszystko, przez wzgląd na dzieciaki, zrealizować plan związany ze świątecznymi wypiekami. No i wkrótce mam za sobą takie doświadczenie, że jak się coś bardzo robi na siłę, to niestety to nie wychodzi. Upiekłam trzy ciasta do podzielenia między nas i dzieci. I żadne się nie udało:(
Albo przepis był niesprawdzony, lub wręcz eksperymentalny, albo w wyniku braku należytej koncentracji po prostu błędnie zastosowany. Doszło nawet do tego, że w przypadku murzynka, który przecież stał się moim sztandarowym wypiekiem, zamiast ubić białka na pianę, wmieszałam w ciasto całe jaja. A i tak było ono najlepsze ze wszystkich trzech.
No cóż, Święta nie muszą być aż takie smaczne, najważniejsza przecież jest ta obecność najbliższych.
Cieszę się nią przeogromnie przez parę popołudniowych godzin Wielkiego Czwartku. Oczywiście stosujemy się do wszystkich zasad bezpieczeństwa - spotkanie przebiega przy naszych długich stołach - najpierw na werandzie, a potem w jadalni. Dzieci wyjeżdżają do Krakowa już po zmroku. Niestety na kwiatki za garażem nikt nawet przez ten czas nie spojrzał:)


Spotkanie z Wiki i Kacprem dało mi siłę. Na przetrwanie samotnych Świąt, kolejnych tygodni izolacji i chyba całej pandemii do końca jej trwania... Dopiero w takich chwilach widać, jak niewiele człowiekowi jest potrzebne do szczęścia. Nie muszę moich Najbliższych ściskać, przytulać, całować z radości. Nawet nie wymagam, by ze mną konwersowali na naszym spotkaniu, choć miło usłyszeć ich opowieści. Tak naprawdę wystarczy, że z nami są. Nie trzeba mi niczego więcej.






















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz