środa, 1 kwietnia 2020

ZAOSTRZENIE KURSU

Po pełnej emocji (i irytacji) rozmowie ze znajomą zabieram głos ad vocem:)
Po trzech tygodniach izolacji, która dotąd wydawała się nam z mężem naszym dobrowolnym wyborem, rząd wprowadził przymusowe obostrzenia. No niby dobrze - może będzie bezpieczniej. Życzyłabym sobie, żeby skończył się wreszcie problem z osobami łamiącymi zasady obowiązkowej kwarantanny. Ludzie bardzo skarżyli się w mediach głównie na tych, którzy po przyjeździe z zagranicy wychodzili z domu, mimo wprowadzonego wraz z zamknięciem granic, obowiązku dwutygodniowej izolacji. Inna sprawa, że cóż był z niej za pożytek, jeśli mieszkająca z takimi osobami rodzina, mogła swobodnie się poruszać i w przypadku zarażenia przenosić koronowirusa, na kogo tylko zdołała, zanim sama nie miała objawów. Teraz to się ma zmienić.


Myślę, że chyba trochę jednak za późno - do Polski zjeżdżają już raczej same niedobitki w ramach akcji #LotDoDomu i pomocy unijnej. “Pas transmisyjny” koronawirusa, o którym mówił premier, już zdążył zadziałać. Wirus się rozprzestrzenił i to niestety głównie dzięki tym, którzy przyjechali zarażeni (nie mając jeszcze często tej świadomości) z krajów wysokiego ryzyka, a ostatnią myślą przychodzącą im wtedy do głowy była ta o odpowiedzialności, zasadach bezpieczeństwa i izolacji (nawet dobrowolnej, jeśli udało się wjechać do Polski zanim zaczęły obowiązywać przepisy o obowiązkowej kwarantannie).




Każda akcja wywołuje reakcję. Ponieważ pewne grupy nie przestrzegały zasad, mamy bardziej restrykcyjne. Jeżeli komuś podziękować, to im - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską prof. Włodzimierz Gut, wirusolog, doradca ministra zdrowia”,

No cóż, nie ukrywam, że cała akcja powrotu rodaków do domu od początku budziła we mnie szereg wątpliwości. W zasadzie to w dużej mierze zgadzam się z autorem wypowiedzi na stronie: https://podroze.onet.pl/aktualnosci/koronawirus-w-polsce-za-sciagniecie-takich-ludzi-do-polski-placi-teraz-polski/tx0sf2k
W grupie tej znajduje się na pewno wiele osób, które rzeczywiście, niezależnie od siebie, znaleźli się w sytuacji, że nie mogą wrócić do Polski. Tym turystom trzeba rzeczywiście pomóc.
Czytając jednak relacje, także te w Onecie, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że część "zagubionych i nieodebranych turystów", to ludzie, którzy decyzje o wylocie do dalekich krajów podjęli, może impulsywnie, około tygodnia przed decyzją o zamknięciu granic Polski. Ceny biletów lotniczych i hoteli sięgały dna, więc postanowili wykorzystać szansę. Nad konsekwencjami nikt się nie zastanawiał, a wręcz uważał się za "cool", bo złapał taką okazję. Teraz płaczą, że (tanie) bilety na powrót mają – tylko samolotu brak.


W zasadzie to nawet rozumiem tych ludzi - podejmując decyzję w ryzykownej sytuacji, każdy ma nadzieję, że jemu się uda. I dotyczy to nie tylko tych, którzy wykupili wyjazdy w okresie, gdy do Polski zawitał już koronawirus. Na pewno jest wiele osób, przystępujących do planowania podróży ze znacznym wyprzedzeniem, niektórych wyjazdów nie da się po prostu zorganizować w inny sposób. Tacy turyści nie mogli przecież przewidzieć, co się wydarzy. A później, gdy sytuacja zrobiła się już niepewna, najzwyczajniej w świecie żal im było poniesionych kosztów, a może i marzeń, które miały się nie spełnić. 
Te osoby podjęły ryzyko wyjazdu. I ja ich za to nie winię. Tyle że przecież na pewno zdawały sobie w takiej sytuacji sprawę, jakie mogą być konsekwencje. I niestety teraz je ponoszą.


Mimo wszystko od początku byłam dobrze nastawiona do idei pomocy tym ludziom. To moi rodacy i kiedy mam się z nimi solidaryzować, jak nie wówczas, gdy wymagają wsparcia. Ale moje dobre nastawienie szybko zostało wystawione na ciężką próbę.
Ich wypowiedzi w internecie najpierw odebrały mi mowę, a potem już zupełnie zwaliły z nóg. Bo taki koncert roszczeń, jaki przy okazji można było usłyszeć, to chyba nazywa się kuriozum. Czy to trudno zrozumieć, że na przykład, Dreamliner nie będzie leciał po 5 osób, które są na wakacjach na drugiej półkuli i trzeba próbować (i to dopóki to jeszcze da się zrobić) na własną rękę dostać się do miejsca, gdzie turystów zbierze się więcej? To aż minister musi tłumaczyć takie sprawy w telewizji? https://wideo.wp.pl/koronawirus-michal-dworczyk-dreamliner-nie-moze-leciec-po-5-osob-6489598016267905v  
Albo ambasadorowie i konsulowie gdzieś w odległych krajach?

Oczywiście zrodziło to kolejne pretensje - do wszystkich i wszystkiego, tylko nie do siebie za to, że się podjęło częstokroć złą/lekkomyślną/nieodpowiedzialną decyzję. Do państwa, że POWINNO sprowadzać do Polski w taki sposób (termin, zakres, organizacja), jak sobie owi “zagubieni i nieodebrani” turyści życzą, do rządu, że nic nie robi w sytuacji, gdy im się czekanie na powrót dłuży, wreszcie do Lotu, który się podjął akcji sprowadzania ich do kraju. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich powracających. Nie twierdzę też, że w każdym z tych przypadków akcja sprowadzania była przeprowadzona w sposób idealny. Ale tak właśnie niestety wyglądają czasem konsekwencje, które swoimi decyzjami część osób sama sobie wcześniej zapewniła.

Na znanym polskim portalu internetowym jeden z użytkowników odniósł się do roszczeniowości turystów. W swojej opinii pod znamiennym tytułem: “Narodowa afera o #LotDoDomu. Nie zaserwowano im krewetek tygrysich” napisał: “Nie brakuje pasażerów, którzy ściągnięci do kraju przez rząd i Polskie Linie Lotnicze LOT dziękują stewardesom oraz pilotom. Rozumieją, że załogi ryzykują własnym zdrowiem, ale niczym lekarze, wykonują obecnie ważną misję. Są jednak i głosy oburzenia. Część pasażerów grzmi w sieci, że nie dostali ciepłych posiłków, a bilety Londyn-Warszawa powinny kosztować ich nie 500, a 44 złote”.














Zakończenie wpisu jednak tchnie (umiarkowanym) optymizmem: “Coś pozytywnego na koniec? Pisząc ten tekst, miałem w głowie kilka mocnych wpisów oburzonych pasażerów, którzy żądali sprawiedliwości i konsekwencji za to, że nie otrzymali tych przykładowych "krewetek tygrysich". Okazało się, że część z tych wpisów już zniknęła. Zostały usunięte. Oby był to symbol refleksji nad zdrowiem i życiem personelu pokładowego oraz ich bliskich. Oni poświęcają się dla nas. My też o nich pomyślmy.
I tu chyba dochodzimy do clou sprawy. Coś nam ostatnio jako narodowi słabo idzie myślenie o innych. Przez lata słychać było głosy deprecjonujące pracę służby zdrowia (z punktem szczytowym w okresie strajku) i nie wiem, czy to by się zmieniło, gdyby ci ludzie nie byli teraz tak niezastąpieni. Lżono po kolei inne grupy zawodowe i społeczne, próbujące zwrócić uwagę na swoje położenie: rodziców dzieci niepełnosprawnych, pracowników socjalnych, oczywiście nauczycieli. Ciężko było znaleźć na platformach internetowych słowa wsparcia, wykazujące zrozumienie i empatię. Myślę zresztą, że każdy w jakimś zakresie otrzymał niemałą porcję hejtu ze strony bezkarnych i anonimowych internautów. Może wreszcie pora się opamiętać.
Nadszedł czas, by docenić to, co wnoszą w nasze życie inni. Zwłaszcza teraz, gdy część ludzi musi ryzykować własnym zdrowiem i życiem, żebyśmy mogli bezpiecznie przeczekać czas zarazy w domu lub do niego w ogóle wrócić. Dotyczy to nie tylko przywołanych wcześniej stewardes, pilotów, a także całego personelu naziemnego lotnisk (już zresztą jest doniesienie, że przytrafił im się kontakt z osobą zarażoną podczas lotu z Dominikany).
Są przecież jeszcze sprzedawcy, dzięki którym nie umieramy z głodu. Służby porządkowe, próbujące utrzymać jakiś rodzaj ładu w całej tej dezorganizacji, jaka nas dotknęła. Pracownicy z branży oczyszczania miasta, którzy sprawiają, ze nie toniemy w śmieciach. Księża posługujący w kościołach i świadczący pomoc w wymiarze duchowym. Osoby pracujące na poczcie, na cmentarzach, w transporcie miejskim.... . A także wielu, wielu innych ludzi, którym tak naprawdę od zawsze należą się podziękowania za ich pracę na co dzień.



Tyle że zapomnieliśmy o tym na długie lata. Świat został pogrążony w hejcie. Może już czas, żeby na powrót stać się normalnym i ludzkim? Dziękować, nie czekając aż ktoś zacznie umierać po to, żebyśmy mogli przeżyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz