sobota, 11 kwietnia 2020

PRZEDZIWNE ŚWIĘTA


Przebita gwoździem stopa unieruchomiła mnie w domu. Niestety nie mogę udać się z Luną nad rzekę w tym najpiękniejszym wiosennym okresie, gdy tam kwitną drzewa. Pewnie będzie to możliwe dopiero wtedy, gdy wszystkie płatki opadną już na ziemię, eh... I tak się skończyło oczekiwanie na pełnię wiosny w tym roku.



Ale mnie to nawet jakoś nie przygnębia. Jeszcze czuję w domu obecność dzieci sprzed kilku dni:) Jeszcze noszę w sobie tę radość ze spotkania.


Po wizycie dzieciaków pozostało coś jeszcze: cała masa żarcia:) Do tej pory bardzo się starałam, żeby z naszych zapasów nic się nie zmarnowało, teraz widzę, że nie mam szans temu zapobiec. Trochę przesadziliśmy z tym świątecznym zamówieniem.


Ale niezależnie od tego, jak skromne będzie szykowanie potraw dla dwóch osób na tegoroczną Wielkanoc, to mam potrzebę nadania tym posiłkom świątecznej oprawy. Wyjmuję z kredensu zakurzone zastawy - chcę znów jeść na porcelanie.
Z bratków, których z powodu kontuzji nie wysadzę teraz na grządkę, robię w jadalni wiosenny wystrój. Skoro nie mogę wyjść na zewnątrz na spotkanie z wiosną, to zapraszam ją do środka. Jajka gotuję w łupinach cebuli (a co, mam cały worek w zapasie:). Jakoś zaniechałam ostatnio tego zwyczaju, a teraz znów doceniam cebulowy brąz, który pokrywa białe skorupki.

Stopa nie pozwala na zrobienie właściwie niczego więcej. Przedświąteczne porządki w tym roku muszę odpuścić. Wkrótce okaże się, że wyjdzie mi to nawet na dobre.
Gdy Beata ze szkoły dzwoni do mnie w Wielki Piątek, to ze śmiechem mówię jej, że właściwie to w tym moim zranieniu jestem prawie jak Pan Jezus;).
 - Tylko uważaj teraz na ręce - śmieje się Beata.
Hmmm... No to tym bardziej odpuszczam porządki:) Mogę się w tym roku przedświątecznie zająć czymś innym (na przykład leżeniem i ustawianiem nogi w pozycji poziomej:)




















Następnego dnia polecam Beacie jeden z kawałków muzycznych, o którym przypomniałam sobie ze względu na swoją obecną sytuację.
Mam teraz fazę na wszystko, co ma związek z gwoździami:) - uzasadniam swój wybór:), przesyłając link do utworu “Jezus”, wykonywanego przez Koniec Świata. 

Kawałek super!!! już puściłam w świat - Beacie najwyraźniej podpasowała moja propozycja.
Przesyłam więc link także moim bliskim, bo jedno z pytań, zawartych w tekście utworu, jest dla mnie fundamentalnym egzystencjalnie zagadnieniem do rozważenia.
A co zrobisz, gdy rozkaz zabrzmi groźnie?
Czy będziesz protestował, czy podawał gwoździe?” - pyta Koniec Świata w swoim coverze przeboju Dezertera.

 


















W zamian Beata w ramach zagospodarowania nadwyżki czasu wolnego (zaleta rezygnacji ze sprzątania) poleca kazanie wygłoszone w Wielki Czwartek w internecie, podobno nawiązujące do mojego obecnego położenia (choć nie do końca to rozpoznaję).
Gdy już mi się znudzi leżenie w pozycji horyzontalnej, to proszę o link.
Oto on:

Wystąpienie ma tytuł: “Dla tych, który stracili coś bezpowrotnie”.

Gdybyś się nie skaleczyła, być może nigdy nie trafiłabyś na to kazanie... - pisze Beata.

popłakałam się... - przyznaję.

Domyślam się, bo jak pokapowałam, o czym tak naprawdę było to rozważanie, to sama się rozpłakałam. Ale już poszło do Ciebie... Nie chciałam...




















Ale ja się cieszę, że wysłuchałam słów kazania. To będzie dla mnie wstęp do tego, by zapoznać się ze wszystkimi rozważaniami, refleksjami i innymi internetowymi wystąpieniami medialnego księdza na całe Triduum Paschalne i Święta Wielkanocne.
- Dawno nie przeżyłam tego okresu w tak duchowy sposób - zwierzę się później Helenie. - W sytuacji, gdy odpadła mi cała ta krzątanina, związana z przygotowaniami świątecznymi, miałam czas, by skupić się na czymś zupełnie innym.
Niemożność poruszania się zatrzymała mnie w sposób zupełnie dosłowny. I pokazała, bez ilu pozornie nieodzownych spraw organizacyjnych można całkiem dobrze spędzić Święta. I jednocześnie, w jaki sposób zaspokoić potrzeby ze sfery duchowości, które, po latach przesłonięcia całą tą świątecznie materialną otoczką, wysunęły się teraz na pierwszy plan. To dla mnie czas nie do przecenienia.
W ramach rozwoju duchowego wysłuchałam nawet wypowiedzi zatytułowanej “Dlaczego epidemia to wielkie błogosławieństwo?” I to akurat w wyniku pozytywnej rekomendacji męża, który w żadnym razie nie jest fanem najbardziej chyba popularnego w tej chwili księdza w Polsce.

I zasadniczo to się z tezami duchownego zgadzam. Choć może akurat znalezienie plusów epidemii w okresie Świąt jest trudniejsze niż zwykle.
Tak, spędzaliśmy już okres świąteczny z daleka od dzieci. Ale świadomość, że to był własny wybór,  podjęty bez żadnego nacisku (w czasie tegorocznej Wielkanocy nie wolno się przemieszczać), po rozważeniu wszystkich “za” i “przeciw”, sprawiała, iż nie byliśmy tym zdołowani. A teraz - ile razy już nachodziły nas myśli, że za godzinę drogi moglibyśmy być razem z najbliższymi?
Rozsądek oczywiście zawsze zwyciężał.


















Tak naprawdę wystarczy, że go mam - nie potrzebuję kolejnych odgórnych nakazów, zakazów i obostrzeń. Nie to, że uważam, iż są one całkiem niepotrzebne. Ale, szczerze mówiąc, te nowe prawa, tworzone przez rząd (który sam się do nich nie stosuje), ostatnio doprowadzają do takich absurdów, że aż ciężko czasem uwierzyć w to, co się dzieje naprawdę.
Przykłady? Proszę bardzo - ukaranie kierowców za to, że pojechali umyć samochód na myjni bezdotykowej, albo też zmienić opony z zimowych na letnie, kary za “nieodpowiednie” zakupy, a do tego niemożność wejścia do ogródków działkowych czy też na cmentarz! Zamiast wdzięczności, że władza dba o nasze bezpieczeństwo, budzi to tylko w nas złość i sprzeciw. Sytuacja robi się coraz bardziej napięta, a nastroje społeczne burzą się po każdej akcji egzekwowania tych trudnych do zrozumienia przepisów prawnych. Policja, którą dopiero co sama wychwalałam podczas kwarantanny, w błyskawicznym tempie straciła całą społeczną wdzięczność i szacunek za interpretacje prawa “przeciw” wielu zagubionym w nim, Bogu ducha winnym ludziom. Dobrze zostało to opisane w świątecznym artykule pod nomen omen jakże wymownym tytułem: “Wrócił PRL - owski “Pan Władza”? Policja traktuje obywateli jak niesforne dzieci, a rządzący są nietykalni”
Ale, żeby sobie nie psuć nastroju krytykowaniem czy też politykowaniem, to wolę o tym nie myśleć ani w okresie przedświątecznym, ani w Wielkanoc. Skupiam się tylko na tym, co związane ze Świętami.



W Wielką Sobotę organizuję sobie prywatne poświęcenie jajek, korzystając z wody święconej, która nam została po lutowej kolędzie (ponieważ nikt do nas nie dotarł w tym roku, to mamy spory zapas:). Nie zaimponuje mi Helena, która chwali się, że w ramach swoich licznych kompetencji, zyskała też specjalizację księdza. Ona ma za sobą dopiero pierwsze doświadczenie samodzielnego święcenia bazi (akurat w tym roku prawosławna Niedziela Palmowa wypadała w tym samym czasie, co nasza Wielkanoc), a ja już takie “księdzowanie” uprawiam od szeregu lat. Nie spotkałam się bowiem na żadnym z naszych zagranicznych wojaży z tradycją święcenia pokarmów w Wielką Sobotę. Za każdym razem musiałam brać sprawy w swoje ręce.

W następnym poświęceniu, tym razem online, mam okazję uczestniczyć już rankiem w niedzielę przy zastawionym do pierwszego posiłku wielkanocnym stole (znów transmisja spotkania z księdzem, który w mediach czuje się najwyraźniej jak ryba w wodzie). Mam przy tym poczucie, że oto zmienia nam się cała świąteczna tradycja. Wielkosobotnie wyprawy z koszyczkiem do kościoła zostają zastąpione modlitwą nad pokarmem przed śniadaniem w Wielką Niedzielę. Szczerze mówiąc, podoba mi się i jedno, i drugie. Najchętniej zostałabym już na zawsze przy takiej poszerzonej formie obrzędu, nie rezygnując ani ze starej, ani z nowej tradycji.

Zasiadamy z mężem do świątecznego stołu i naszych pysznych (może dlatego, że podwójnie święconych:) pokarmów. Nie bardzo nam się udaje połączenie online z dziećmi podczas świątecznego śniadania, ale wymiana zdjęć na messengerze też zaspokaja potrzebę bliskości.
Myślę o tych, którzy spędzają ten czas całkiem sami. O Ani, która w trosce o zdrowie mamy nie wyjechała z wynajmowanego mieszkania w Łodzi, o ulubionym kuzynie, zatrzymanym przez epidemię w winnicy na południu Francji, o Helenie, obawiającej się, że w tym roku jej synowie do niej nie przyjadą do Uścia. Tak nie powinno być w Święta.


Ale jest i nic na to nie poradzimy. Te przedziwne Święta dzieją się naprawdę. Może po to, żebyśmy każde następne, przeżyte w obecności najbliższych, uważali za wyjątkowe szczęście. Bo nic w życiu nie jest nam dane raz na zawsze i nic nie jest nigdy do końca oczywiste. Alleluja!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz