

Wraz ze zmianą pogody przyszło obniżenie nastroju. W wigilię pierwszego majowego weekendu zrobiło się pochmurnie. I niby się ucieszyłam, bo to zwiastowało bliskość deszczu, którego ziemia już się bardzo dopominała, ale jednocześnie czułam, że powiało chłodem również w sensie psychicznym. Myśli zaczęły się kłębić tak samo jak chmury i podobne przybierały kolory.
Co gorsza, barwy te wcale się nie przekładały na ilość opadów przez cały długi weekend. Umęczona upałami ziemia została ledwie pokropiona.
I dla mnie to tylko utrudnienie, że w dalszym ciągu muszę biegać codziennie z konewką i walczyć o ten odzyskany po wielu latach skrawek ogródeczka, ale dla ludzi, którzy żyją z rolnictwa, to prawdziwa katastrofa. Źle to też rokuje dla tegorocznego zaopatrzenia w żywność oraz dla cen, nawet bez suszy już znacznie rozkręconych. Przyszłość przestała mi się rysować w różowych kolorach.
Wyliczę pokrótce:
1. Przede wszystkim (odsunięte w staraniach) zdrowie. Ale o tym piszę prawie w każdym poście, więc tym razem sobie daruję.
2. Mój urlop zdrowotny - przestałam mieć poczucie, że go dobrze wykorzystuję. Siedzę przymusowo w domu bez specjalnego zajęcia i na dobrą sprawę nawet się leczyć nie mogę - ostatnio doszło i do tego, że na przykład (kolejny rok z rzędu) przyjazd mammobusa został odwołany.
3. Kondycja firmy - niestety nie trafią do niej w najbliższym czasie klienci, którzy stracili zajęcie i źródło zarobkowania. Wcześniej czy później odbije się to na naszych finansach.
4. Matura - Kacper chciał sobie podwyższyć wyniki z polskiego i zmienić studia na upragniony język chiński. W normalnych warunkach załatwiłby to tuż po tym weekendzie, teraz zaś egzaminy zostały przeniesione na czerwiec, ale nikt do końca nie wie, czy to termin ostateczny i czy w ogóle się odbędą.
5. Studia - może to i drobiazg, ale trochę mi wstyd, że każdy w mojej grupie ogarnął zdalne nauczanie, a ja mam wciąż problemy techniczne. Niby powinnam być zadowolona, bo udało się uczestniczyć we wszystkich zajęciach online do tej pory, ale jednak na pierwszym takim zjeździe nikt mnie nie mógł zobaczyć, ani usłyszeć (kontakt tylko przez czat), na drugim wprawdzie ogarnęłam już mikrofon (czyli progres jest) i mogłam przemówić, ale niestety moja kamera ciągle nie chce współpracować i mnie pokazywać.
6. Wakacje - w maju zawsze zaczynam sobie uświadamiać, że ten ukochany czas w roku jest coraz bliżej. Tymczasem nikt nie wie, jak będą one wyglądać w tym roku i czy w ogóle uda nam się gdziekolwiek wyjechać. Wizje, jakie roztaczają media nie wyglądają optymistycznie - granice wciąż są zamknięte, w branży turystycznej panuje straszny kryzys, a nakaz noszenia maseczek będzie być może obowiązywał nawet do końca roku.
7. Podróże - jako kontynuacja poprzedniego zagadnienia. Tuż po długim weekendzie mają być już otwarte hotele. Spojrzałam więc na ofertę (bo nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła). I widzę, że przemysł hotelowy ma właściwie jeden pomysł na odbicie sobie strat poniesionych w ostatnich tygodniach. Ceny po prostu straszą. I to nic, że klienci ponoszą teraz dużo większe ryzyko, rezerwując pobyty przy niepewnej jeszcze sytuacji zdrowotnej. Popyt jest, więc interes się będzie kręcił. Mimo tego, że obiekty turystyczne w zasadzie nie mają na tę chwilę do zaoferowania żadnych atrakcji i usług ponad nocleg. Najlepiej określa to klauzula Travelist, znajdująca się pod każdą z propozycji wyjazdu:
“w związku z ograniczeniami w funkcjonowaniu hoteli wprowadzonymi przez rząd, baseny, strefy spa, siłownie, sale zabaw dla dzieci są zamknięte aż do odwołania i niniejsza oferta nie obejmuje wskazanych usług. Ograniczone lub niedostępne mogą być również inne usługi takie jak zabiegi kosmetyczne i relaksacyjne, animacje dla dzieci, elementy wyposażenia pokoi i inne. Restauracje hotelowe mogą wydawać posiłki jedynie w formie serwowanej.”






No ale dość już ponarzekałam. A przecież powinnam się cieszyć, że powoli zmierzamy w kierunku łagodzenia obostrzeń. W tym tygodniu oprócz hoteli mają być jeszcze otwarte przedszkola i żłobki, a także, co tym bardziej zdumiewa, muzea, galerie, biblioteki.
Tyle, że już przestałam wierzyć, iż to ma cokolwiek wspólnego z troską o nasze zdrowie. Niestety te wszystkie działania, podejmowane obecnie przez władze są raczej związane z ratowaniem sytuacji w gospodarce, hamowaniem niekorzystnych procesów ekonomicznych, ograniczaniem wydatków z budżetu (po którym chyba teraz nie pozostał nawet ślad) na łagodzenie skutków zaprzestania pracy i produkcji w wielu dziedzinach.


Oczywiście nie tylko mnie w związku z tym ogarnęło czarnowidztwo. Początkiem długiego weekendu można było przeczytać na WP artykuł pod wymownym tytułem:: “Prof. Marcin Król o kryzysie: “Nie będzie nas stać na nic”. Autor tej przepowiedni odniósł się też w swojej wypowiedzi do polityki, której ja staram się tu unikać.
“Profesor Marcin Król krytycznie ocenia ostatnie poczynania rządu. Twierdzi wręcz, że luzowanie restrykcji ma niewiele wspólnego z faktyczną poprawą sytuacji w kraju, a jest, jego zdaniem, nakierowane na uzasadnienie organizacji wyborów 10 maja,”
Ale wyrzucenie z siebie wszystkich zmartwień - nie, nie na papier, hmmm, w internet?, w tekst?, w spisane refleksje? pomaga, choć może nie to było powodem, by zasiąść do komputera. I nieoczekiwanie od nich uwalnia - ot, zostaną sobie tutaj, a we mnie robi się miejsce na nowe doznania. Będę się mogła przyglądać moim troskom jakoś tak z boku, może wkrótce się dowiem, czy były realne podstawy, by im w ogóle poświęcać czas i jakąś część swojego życia, które teraz znów zacznę napełniać nowymi treściami.
Brzmi optymistycznie? No, wreszcie... Ufff..., napracowałam się nad tym optymizmem:)


Ale w rękawie mam prawdziwego optymistycznego asa!


Postanowiliśmy, skoro już oficjalnie tak dobrze dzieje się w Polsce (no te otwarte znów przedszkola ze żłobkami, zakupy w galeriach i możliwość wyjazdów z noclegami w hotelach), że w tym tygodniu pełnym zmian w kierunku redukowania kwarantannowego reżimu, i my wprowadzimy jedną.
Spotkania z dziećmi - to tego nam tak strasznie brakowało w ostatnich tygodniach. I myślę, że nasz plan można wprowadzić z zastosowaniem środków ostrożności, przynajmniej takich, jakie proponują decydenci w innych sytuacjach, na przykład podczas zakupów, czy podróżowania komunikacją miejską.


Tak więc Wiktoria z Kacprem przyjadą do nas już po długim majowym weekendzie. Tak się tym cieszę:))))) Jeśli wyeliminuję ze swojego życia tę straszną tęsknotę za nimi, to zostanie mi tylko rozprawienie się z tą za podróżami:)

Ale w tym przypadku sprawa jest znacznie trudniejsza do rozwiązania. Przed pandemią pomagało w takich sytuacjach planowanie wyjazdów, cieszenie się tymi, które miały się odbyć w przyszłości, udoskonalanie wizji i dopracowywanie szczegółów. Marzenie.....
No i z tym właśnie teraz nie da się nic zrobić. Bo niby jak mam marzyć o podróżach, kiedy zupełnie nie wiem, jak one będą w przyszłości wyglądać? I czy mnie będzie w ogóle na nie stać? Oraz czy na przykład spacer w letni wakacyjny dzień, zwiedzanie, plażowanie nawet w pięknym miejscu z utrudnieniami typu maseczka na twarzy, będzie mi się jawiło jako coś bardzo atrakcyjnego i pożądanego?




Tym, co obecnie dokucza najbardziej jest niepewność jutra. Brak wizji przyszłości. Obawy o kształt znanego nam świata po przemianach.
Plany na życie stały się takie jakieś krótkofalowe w zasięgu. Nie wiadomo, co nas czeka nawet w najbliższych miesiącach, nie mówiąc już o latach. Wszystko stało się nieprzewidywalne. Marzenia przechodzą obok ze zwieszonymi skrzydłami.







































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz