Gdy dziś zadzwoniła Ania i spytała o samopoczucie jej ulubionego białowłosego bohatera, to w pierwszym momencie kompletnie nie wiedziałam, o kogo jej chodzi. A potem byłam ogromnie zadziwiona...
- No bo, że niby ja?
- Dwie prace, dom, chory mąż... - wylicza Ania.
Że niby to wszystko na moich barkach? Nie zwykłam o tym myśleć w taki sposób. Co dzień rano biorę na nie to, co życie przynosi i próbuję to udźwignąć do wieczora, kiedy po prostu zmęczenie mnie zmiata z nóg w całkiem dosłowny sposób.
Ale daję radę. I nie uważam tego za bohaterstwo. Choć, gdy się nad tym zastanowić, to rzeczywiście tak bardzo mnie ostatnio bolą i barki, i mięśnie ramion...
To chyba działa w taki sposób, że człowiek nawet nie wie, kiedy zmienia się w rodzinnego bohatera. Po prostu brakuje czasu, żeby w ogóle o sobie myśleć. Najważniejszą sprawą jest przecież wówczas, by dawać radę...
Mąż jest chory od końca wakacji. Początkiem roku szkolnego przestał chodzić. Bardzo cierpiał z powodu bólu nóg i w końcu trafił do szpitala. Tygodniowy pobyt na leczeniu niewiele zmienił. Poza tym, że dzień po powrocie do domu okazało się, że mąż ma grypę?/jakąś inną infekcję? Zaraził się od pacjenta z tej samej sali. Starszego pana przywieziono tam z izolatki po biegunce. Było to tego samego dnia, gdy mąż trafił do szpitala. Spędzili więc razem cały szpitalny pobyt. Do dnia wypisu (jednoczesnego z mężem) starszy pan narzekał na grypę (i w dalszym ciągu na biegunkę:(. Ja jednak mam podejrzenia, że może to być covid. Choroba przebiega bardzo podobnie do tej, na którą mąż cierpiał w zimie. Ale ponieważ teraz takich pacjentów się nie testuje, to się pewnie nie dowiemy, jak jest naprawdę.
Eh, no więc mąż dalej jest leżący. Przy wypisie ze szpitala kazano nam uzbroić się w cierpliwość, więc się uzbroiłam. Mąż jakby ma z tym gorzej. Ale i tak nie ma siły, by wstać. Bohatersko wróciliśmy więc do punktu wyjścia.
W byciu bohaterem jest jakaś wzniosłość. W byciu rodzinnym bohaterem jej nie ma. To dni rozpoczynające się podawaniem środków przeciwbólowych, śniadań do łóżka, mokrych ręczników w chwilach zasłabnięcia i miednicy przy niedyspozycji żołądka. Nie ma nic wzniosłego w dźwiganiu zakupów, przestawianiu garnków na piecu, pozbawianiu brudu stosów naczyń, które przy wciąż zepsutej zmywarce piętrzą mi się w zlewie każdego dnia. I w upartym powtarzaniu choremu wciąż tych samych słów otuchy w międzyczasie. Na resztę już mi brakuje energii?/czasu? Niestety generalne porządki są odłożone na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Jeśli zaś chodzi o dwie prace, to teraz jest to zjawisko normalne chyba dla większości nauczycieli. W tym sensie znaczna część naszego środowiska to bohaterowie. Choć ja raczej widzę w nich zdesperowanych ludzi, którzy przegrywając walkę w czasie strajków o podwyżki, zostali skazani na finansową nędzę.
Tak, powinnam być już na emeryturze. Ale gdy początkiem roku poszłam do ZUS-u z prośbą, by mi ją wyliczono, to się załamałam. Mimo iż się spodziewałam, że to będzie niewiele. No cóż, póki daję radę, to będę pracowała. Być może nawet z czasem jeszcze więcej niż teraz.
Nowa praca wciąga mnie coraz bardziej. Mimo tego, że jeżdżę tam tylko dwa dni w tygodniu. To miejsce z dobrą energią.
*
Szkoła katolicka jest niewielka. Dzielę w niej swój malutki gabinecik z panią pedagog. Ela może mnie nie niańczy, ale jej życzliwość i uczynność bardzo mi pomagają w tym okresie, gdy nie czuję się jeszcze do końca pewnie w nowej roli.
Trudności lokalowe dają nam się we znaki wówczas, gdy któraś z nas ma zaplanowaną indywidualną pracę z uczniami. Staram się wówczas znaleźć jakieś zastępcze pomieszczenie - to miło ze strony Eli, że mnie przygarnęła do siebie, ale myślę, że to nie jest dla niej komfortowe dzielić z kimś nieznajomym swój skrawek przestrzeni, skromny nawet w przypadku tylko jednej osoby.
W tym tygodniu więc na czas zajęć z uczniami przeniosłam się do klasy III licealnej. A tam na gazetce ściennej znalazłam takie oto mądrości:
- Marzenie spisane z datą staje się celem;
- Cel podzielony na etapy staje się planem;
- Plan poparty działaniem staje się rzeczywistością;
Wierzę...



























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz