W katolickiej szkole październik jest miesiącem różańca świętego w bardzo dosłowny sposób. Klasy licealne nie dość, że odmawiają rano przed lekcjami modlitwę różańcową wspólnie z nauczycielami na korytarzu, to na dodatek odbywa się to w językach obcych. Tych, których aktualnie uczniowie uczą się na lektoratach. Ksiądz zaczyna różaniec odmawianiem “Ojcze nasz” po łacinie, a młodzież uzupełnia modlitwę “zdrowaśkami” po angielsku, niemiecku lub hiszpańsku. No i fajnie - jako osobie wierzącej podoba mi się ten rytuał. W ubiegłym tygodniu próbowałam modlić się z licealistami w ostatnim z tych języków, ale na razie efekty są słabiutkie. Muszę jeszcze trochę poćwiczyć:). Cieszy mnie myśl, że może uda mi się nauczyć tutaj czegoś nowego.
Tak w ogóle to coraz więcej rzeczy w mojej nowej szkole sprawia mi radość. To miła odmiana w szkolnej codzienności, bo już od jakiegoś czasu ciężko mi było znaleźć to uczucie w swojej pracy. Miałam wrażenie, że w mojej starej szkole czeka już na mnie tylko wypalenie zawodowe, nic więcej.
W szkole katolickiej widzę jednak, że praca nauczyciela może być fajna. Że polega ona nie na ciągłym dawaniu z siebie wszystkiego w zamian za niewdzięczność, rzucanie kłód pod nogi i jawną mniej lub bardziej wzgardę, lecz na wymianie dóbr z uczniami. Tutaj, w przeciwieństwie do szkoły masowej, nauczyciel otrzymuje za swoją pracę szacunek - i to zarówno od dzieci, jak i od rodziców. Choć jestem od niedawna członkiem katolickiego grona pedagogicznego, to już zdążyłam poczuć się kimś ważnym, komu powierza się wychowanie dzieci, a nie służącą, którą można omal bezkarnie pomiatać. Dobrze, że miałam możliwość na zakończenie kariery zawodowej przypomnieć sobie, co jest wzniosłego w moim zawodzie.
W szkole masowej, mam wrażenie, nikt już o tym nie pamięta. Ludzie, którzy niejednokrotnie zaczynali w niej pracę z wielkim zapałem, teraz idą na przetrwanie. Dziś w Dniu Nauczyciela czytam w swojej starej szkole życzenia, które dostaliśmy od przedstawiciela Rady Rodziców. Życzy nam:
“Zawodowo - wyzwań, które pomogą Wam na osobisty rozwój, wytrwałości w dążeniu do celu nawet wbrew wszelkim przeciwnościom, pasji w przekazywaniu wiedzy młodym ludziom oraz wyrozumiałości dla uczniów, którzy niejednokrotnie z uporem wystawiają Waszą cierpliwość na próbę:)”.
To miło, że Rada Rodziców o nas pamiętała. Ale zastanawiam się, czy ktoś z nas ma jeszcze siły na wyzwania i wytrwałość, by je realizować? A pasja, której się od nas latami wymaga? Czy nie zabija jej przesiąknięty do cna biurokracją system ciągłej kontroli na każdym naszym kroku? Jesteśmy rozliczani z zastosowania w pracy miliona przeróżnych przepisów i wymyślonych, przez Bóg wie kogo, procedur. Jesteśmy kontrolowani i drobiazgowo rozliczani z każdego omal słowa czy spojrzenia przez uczniów, rodziców, władze szkolne, oświatowe i samorządowe, które nas finansują. Jeśli komuś z zewnątrz coś się nie spodoba, to nas straszy sprawą dyscyplinarną w kuratorium lub opisaniem w lokalnej gazecie. Każdy taki ktoś może przyjść do szkoły i nakrzyczeć na mnie, odsądzając od czci i wiary, bez względu na to, czy ma rację, czy też nie. Wyżyć się na nauczycielu jest teraz niezmiernie łatwo, zwłaszcza, gdy dyrekcja nie ma zamiaru brać w takich sytuacjach nauczyciela w jakąkolwiek obronę. Wiadomo - liczy się spokój - kto ma ochotę jeździć do kuratorium lub władz gminy, by się tłumaczyć i musieć udowadniać swoją rację? Pozostały nam więc już tylko w zanadrzu wyrozumiałość i cierpliwość, bez względu na to, jak bardzo cierpi nasza godność.
Tak, jestem rozżalona na pracę w masowej szkole. Wylałam ostatnio morze łez i nie wynagrodzi mi tego fakt, że dostałam dziś nagrodę dyrektora za “szczególne osiągnięcia w pracy dydaktyczno - wychowawczej i opiekuńczej”.
Byłam też typowana w tym roku do nagrody burmistrza. Nie, nie przez dyrekcję - przez Radę Pedagogiczną na wniosek koleżanki z pracy.
Nie zostałam nagrodzona, pan burmistrz się na mnie wypiął. Ale ponieważ się tego spodziewałam, to nawet nie jest mi jakoś przykro z tego powodu. Od innej, wtajemniczonej w sprawę, koleżanki dowiedziałam się, w jaki sposób wybiera się laureatów. Trzeba mieć spore grono lobbujących osób w takiej komisji wyborczej, a ja żadnych znajomości przecież tam nie posiadam. Zresztą, ile byłaby wtedy warta taka nagroda (oprócz oczywiście kasy, która za tym idzie i bardzo by mi się teraz przydała)?
Ale bardzo cenne było dla mnie to, że na prośbę dyrekcji musiałam sama wniosek o nagrodę burmistrza uzasadnić. Wiązało się to z przypomnieniem sobie osiągnięć, które były moim udziałem w ciągu ostatnich dwudziestu lat (czyli od momentu, kiedy dostałam swoją pierwszą i ostatnią nagrodę burmistrza). Gdy opracowałam taką listę zasług (trzeba było sporo skracać, bo nie mieściła się w wymaganym formacie), to moje mocno nadszarpnięte ostatnio poczucie wartości natychmiast się odbudowało. Warto było przejrzeć wieloletnią dokumentację i przywołać wspomnienia z pamięci. Cóż powiedzieć - sama sobie tę nagrodę wewnętrznie przyznałam:). I to jest teraz dla mnie najważniejsze w dzisiejszym Dniu Nauczyciela.
Ach, jak pięknie się go obchodzi w szkole katolickiej. Mieliśmy tam mszę świętą za nauczycieli i uczniów, akademię, na której WSZYSCY pracownicy (a nie tylko nagrodzeni wybrańcy) dostali różę, a nawet wieczorne spotkanie grona pedagogicznego we włoskiej restauracji!. Rodzice przynieśli dla nas dwa wspaniałe ciasta i zapas herbaty.
Najwięcej przyjemności sprawiła mi jednak galeria nauczycielskich portretów, która z okazji święta zawisła na korytarzu. Gdy zobaczyłam swój wizerunek w wersji dwadzieścia lat i trzydzieści kilogramów mniej, to nie posiadałam się z radości, która trwa we mnie do dzisiaj. Do tego ręcznie robiony breloczek do kluczy od jednej z klas i pełnia szczęścia gotowa.
Dziś nauczyciele z tamtej szkoły mają dzień wolnego, by mogli świętować w taki sposób, jak chcą. A jak to wygląda w szkole masowej? Ano, trzeba było dziś przyjść na akademię, którą musieliśmy obejrzeć dwa razy - z uczniami i bez nich - po to, żeby zagospodarować nasze godziny pracy. Wciąż mnie to zaskakuje, choć już powinnam uznać, że to stało się tradycją starej szkoły. Jeszcze podczas zakończenia roku szkolnego, gdy padł nakaz, że każdy kto ma tego dnia więcej niż trzy godziny pracy wpisane w harmonogram, powinien dwukrotnie uczestniczyć w akademii, uznałam to za żart... A jednak to się dzieje naprawdę.
Najlepiej oddają to słowa, które dziś padły ze sceny szkoły masowej. To chyba dlatego, że dzisiejszą akademię przygotowywała koleżanka, która miała prawie dwuletnią przerwę w pracy. Odważnie podsumowała naszą sytuację:
“Górnicy, stoczniowcy czy kolejarze mają swoje święta - oficjalnie nazwane Dniem Górnika lub Dniem Kolejarza. Nauczyciele nie mają swojego święta tylko Dzień Edukacji Narodowej. (...) Nie należy utożsamiać tego dnia z Dniem Nauczyciela, ponieważ powinien on raczej nazywać się Dniem Ucznia. W końcu to uczniowie mają dzień wolny od zajęć, a nauczyciele zostają w szkole i rozmyślają...”
W tę narrację świetnie wpasowuje się nasza dyrekcja. W części oficjalnej akademii składa ona publicznie życzenia... uczniom. Oczywiście dodając przy tym, że te dla nas złoży później - na wewnętrznym nauczycielskim spotkaniu. O pracy nauczyciela nie ma w dyrektorskim przemówieniu do uczniów ani słowa...
Po takim wstępie mamy okazję obejrzeć scenkę o tym, jaką popularnością cieszy się obecnie nasz zawód, w którym nikt nie chce pracować. Tak, to prawda - odczuwamy brak zainteresowania w postaci jakichkolwiek kandydatów do pracy w szkole. Wcale się temu zresztą nie dziwię.
We wrześniu w szkolnictwie zatrudniła się moja siostra. Tylko dlatego, że sytuacja małych firm jest obecnie tak tragiczna, że nie sposób wyciągnąć jakichkolwiek zysków z ceramiki, którą Monika zajmowała się ostatnimi laty. Zgodnie z wykształceniem siostra została nauczycielką biologi - w dwóch szkołach, aby uzyskać pełen etat. To placówki ponadpodstawowe, w tym jedna branżowa. Nie zdziwiło mnie, kiedy siostra wyjawiła, że po piątkowej konferencji rozpoczynającej rok szkolny miała ochotę już w poniedziałek nie stawić się do pracy. Ale całkiem mnie rozwaliło, gdy mi się przyznała, że zaproponowano jej dodatkowo nauczanie ... fryzjerstwa, ponieważ nie ma do tego żadnego chętnego! Monika nie przyjęła tej fuchy, nie czując się na siłach, ale ilu jest desperatów, którzy z powodów fatalnie niskich płac w oświacie, podejmą się każdej dodatkowej pracy, aby tylko utrzymać rodzinę? Czy to nauczyciele są winni takiej sytuacji w oświacie? Ale na pewno ich jest najłatwiej o wszystko obwinić.
Na zakończenie dzisiejszej uroczystości w szkole masowej serwuje się nam danie ze szkolnej stołówki, która nawet wśród uczniów budzi zastrzeżenia jakością potraw i po ciastku z tej samej co zawsze, wytwarzającej margarynowe masy, cukierni. Jak dla mnie, choć jestem głodna i kocham słodycze, zupełnie niezjadliwe. Wszystko na odczepnego i byle taniej, bo przecież w funduszu socjalnym nigdy nie ma kasy, która jest odprowadzana comiesięcznie z naszych poborów. Ale szkoła opiekuje się również całą rzeszą emerytów, którym przy ich pensjach te pieniądze służą w formie zapomóg po prostu do przeżycia. Czy to też moja przyszłość?
Odjeżdżam ze szkoły masowej z tym niewesołym pytaniem. Próbuję go nie przywieźć do domu, koncentrując się na pięknie jesieni, które widzę za szybami samochodu. Październik w tym roku nie jest może zbyt ciepły, niemniej dosyć słoneczny.
Ale od trudnych pytań bardzo ciężko się uwolnić. Podchodzę pod próg domu i zadaję sobie następne. Czy warto było? Co mam w zamian za ponad trzydzieści lat pracy? Z czym zostaję? Czy warto jest? Ot, to taki jeden z kolejnych Dni Edukacji Narodowej w masowej szkole...







































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz