Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/10/wyjezdzajac-z-kastamonu-mylimy-drogi-i.html
Rankiem oczywiście postanawiamy zmienić plany i... przedłużyć nasz pobyt w Amasyi. Ale już nie w Apple Palace. Choć jesteśmy niezmiernie wdzięczni obsłudze hotelu za wyjątkowe przyjęcie, gościnność i serdeczność, którymi hotel nadrabia pewne sfatygowanie wyposażenia, to jednak, jeśli nie chcemy zbyt szybko skończyć naszej podróży, musimy poszukać czegoś tańszego.
Nieoczekiwanie okazuje się, że to będzie również coś wyjątkowego. Znów inspiracją jest dla nas wpis na stronie Turcji w Sandałach.
Po pysznym śniadaniu z fantastystycznym widokiem na miasto i góry przenosimy się więc do jednej z tych osmańskich willi nad brzegiem rzeki, które podziwialiśmy poprzedniego dnia z balkonu naszego pokoju w Apple Palace. Postawiliśmy na polecany przez Turcję w Sandałach “pensjonat Gönül Sefası, zaliczający się do tzw. 'hoteli butikowych” (https://turcjawsandalach.pl/content/amasya).
Przepraszając autorów tego wspaniałego bloga, dodam tylko, że to nie z powodu ich rekomendacji, lecz internetowych zdjęć obiektu, na których można było zobaczyć balkon obiektu wiszący prawie nad wodami rzeki:). No i też trzeba przyznać, że był to najtańszy z dostępnych wówczas hoteli z tego typu atrakcją.
Co do zniżki w cenie, jaką uzyskali tam blogerzy, to my nie mieliśmy nawet cienia takiej możliwości. Przede wszystkim nie było z kim negocjować, bo przyjmowały nas dzieciaki gospodarza, z którymi ciężko było się w ogóle dogadać w jakimkolwiek języku. Gdy okazało się, że polska karta kredytowa nie jest obsługiwana przez ich turecki terminal, to nikt nawet nie chciał słyszeć o tym, by zaokrąglić nasz rachunek (obliczyłam to teraz) o 4,3% ceny noclegu, czyli wyrównać go do kwoty, którą dysponowaliśmy w gotówce. Niestety wybór dostaliśmy taki, że albo w lejącym się żarze z nieba idziemy szukać bankomatu, albo rezygnujemy z noclegu. No cóż, za bardzo mi zależało na widoku z balkonu zawieszonego nad sama wodą, by zdecydować się na tę drugą opcję. A obniżania cen może się jeszcze kiedyś w Turcji nauczymy...
Póki co, jesteśmy szczęśliwi, że możemy wreszcie napisać do Bliskich:
My też mamy nasz balkon wiszący nad wodą
Pod samą górą z grobami królów Pontu
A potem jeszcze:
Dziś zwiedzałam te groby w upale,😀 dało wycisk
Ale mimo tego, za nic w świecie bym ze zwiedzania nie zrezygnowała. To jedno z tych miejsc, w którym czuje się Wielką Historię Świata.
W Amasyi pochowano pięciu królów Pontu z dynastii Mitrydatydów. Według Turcji w Sandałach są to: Mitrydates I, Ariobarzanes, Mitrydates II, Mitrydates III oraz Farnakes I. Podobno (to samo źródło) ten ostatni zasłynął tym, że przeniósł stolicę Pontu z Amasyi do Synopy.
Do nekropolii dochodzi się licznymi schodami, nawet kasa biletowa znajduje się dość wysoko. Nagrodą za wspinanie stają się przepiękne widoki na miasto. Królewskie groby wykuto w kamiennym zboczu góry, ale posiadają one również fragmenty przymocowane do skały za pomocą kołków. Między kolejnymi obiektami do zwiedzania trzeba pokonać niewielkie odległości.
Grobowce królów są dość duże, lecz zupełnie puste. Można je oglądać tylko z zewnątrz. Również prowadzące dookoła nich korytarze są w większości zastawione i niedostępne dla zwiedzających. Zgodnie z opisem na stronie https://www.niedziela.pl/artykul/152405/nd/Stolica-Pontu#, podczas zwiedzania “Przechodzi się obok ciągu murów, które są pozostałościami po Pałacu Dziewcząt. Pierwotnie wznosił się tu pałac królów Pontu, później Seldżuków, a w końcu Osmanów. (...) Powyżej znajduje się cytadela, która również powstała w czasach Królestwa Pontu”. W kompleksie można też zobaczyć pozostałości hammamu.
W sumie, tak jak pocieszam męża, który nie ma szans na zwiedzanie z kulami tego typu zabytków, z bliska w królewskiej nekropolii nie widać wiele więcej niż z daleka. Dobrze zatem, że mogliśmy się przyjrzeć tak dokładnie grobowcom z Apple Palace’u. No jakoś trzeba sobie pozytywnie tłumaczyć wszelkie utrudnienia, jakie w podróży spotykają osoby z niepełnosprawnościami.
Mąż miał chyba mniejszy problem niż ja z faktem, że zwiedzałam grobowce sama. Odpoczął na naszym nowym balkonie i nabrał sił, by ruszyć ze mną w miasto. Tym razem wybraliśmy zupę z kebcami w małym bistro, a na deser - eklerki w pobliskiej cukierni (część do delektowania się na miejscu, część na wynos z myślą o wieczornej balkonowej posiadówce) oraz lody w kawiarni przy deptaku.
- Częściej się teraz uśmiechasz - zauważa mąż znad ukształtowanej w formie pąków róż porcji kolorowej dondurmy.
- Jak mogłabym się nie uśmiechać, gdy teraz cały świat uśmiecha się do mnie? - odpowiadam z radosnym uniesieniem:).
Pomalutku kończy się dzień. Znad kawiarnianego stolika patrzymy na pensjonaty po drugiej stronie rzeki Yeşilırmak.
Ten na którym jest napisane Gönül Sefasi to nasz - z dumą informuję na messengerze.
A potem patrzymy z balkonu naszego pensjonatu na kawiarnię, w której chwilę wcześniej jedliśmy dondurmę. Za nic na świecie nie oddałabym tych chwil. Przed naszymi oczami (a może specjalnie dla nas?) Yeşilırmak (Zielona rzeka) przetacza swoje wody. W trzcinach jeszcze ostatni ptak wyśpiewuje na chwałę świata. Ale i tak nie dorównuje śpiewem... żabie. To chyba jakiś okres godowy, bo żabie serenady pod naszym balkonem są z całą pewnością mistrzostwem świata. Nigdy wcześniej nie słyszałam czegoś podobnego. Ach, jak mi tu dobrze.
Nazwa Gönül Sefası Konagi zostaje przetłumaczona przez translatora google automatycznie jako Rezydencja Rozkoszy Serca. No coś w tym jest:).
tym razem oglądamy sobie górę z Apple Palace'm - donoszę im. Jeszcze wczoraj, gdy tam byliśmy, nie mieliśmy nawet zielonego pojęcia, że nazajutrz czeka nas taki wieczór w Rezydencji Rozkoszy Serca:). W jaki cudowny sposób życie nas zaskakuje na każdym kroku...
Dojadamy eklerki i chronimy się przed komarami w naszej “suicie”. Rząd okienek od strony rzeki powoduje, że i tak nie przestajemy się jej przyglądać. Po wodzie suną ostatnie mocno zdobione, kiczowate łodzie dla turystów, zaliczajacych w Amasyi "romantyczny" wieczór, który właśnie tak rozumieją. Nasze wille nad rzeką już rozbłysły kolorowymi światłami.
Przechodzę przez most, by je fotografować. Cała zabytkowa dzielnica Hatuniye Mahallesi, pełna wyremontowanych domów z czasów osmańskich, jest nie lada gratką dla fotografa.
nasze domki tak pięknie świecą w nocy - nie mogę skończyć z westchnieniami zachwytu.
cuda! Cuda świata! - odpisuje mi Beata.
Myślę tak samo. Cała jestem przepełniona wdzięcznością, że mogę tu być i wciąż się zachwycać. To wszystko to właśnie cuda świata - i ta podróż, i nasza obecność tutaj. I ta przepiękna Amasya, o istnieniu której nawet nie słyszeliśmy przed układaniem trasy na tegoroczne wakacje.
“Według legendy, a także urodzonego tu starożytnego geografa i historyka Strabona, Amasyę założyła królowa amazonek – Amasis” - czytam pod podanym w tekście powyżej linkiem. I dalej:
“Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że założyli ją Hetyci, lud indoeuropejski, który w okresie od ok. XVII do XII wieku przed Chr. tworzył potężne państwo w Anatolii. Po Hetytach miasto zamieszkiwali Frygowie, Lidyjczycy, Persowie i Ormianie. W IV wieku przed Chr. zostało ono zdobyte przez Aleksandra Wielkiego. Zawierucha, która ogarnęła Anatolię po jego śmierci, doprowadziła do powstania mniejszych królestw; jednym z nich był Pont. Amasya stała się na ponad 100 lat stolicą Królestwa Pontu. Założył ją Mitrydates, rycerz awanturnik znad morza Marmara”.
Kilka pokoleń później w I w. p.n.e. jeden z jego sukcesorów - Mitrydates VI, chcąc stworzyć mocarstwo ze zjednoczonych ziem nad Morzem Czarnym, zmierzy się z Rzymem podczas trzech wojen. Ostatecznie przegra i popełni samobójstwo. Ale jego postać zapisze się na długo w pamięci zbiorowej.
W Wikipedii możemy przeczytać, że "Mitrydates był Hellenem z kultury i języka. Źródła starożytne przypisują mu niemal nadludzkie cechy. Na co dzień rozmawiał zwykle po grecku (...), ale był też poliglotą – znał podobno 21 innych języków różnych sąsiednich ludów. Starannie wykształcony, rozmiłowany w literaturze i sztuce greckiej, utrzymywał rozliczne kontakty z wybitnymi przedstawicielami kultury hellenistycznej, opiekował się nauką i sztuką (...). Życie wielkiego władcy Pontu stało się inspiracją dla wielu twórców. Racine napisał tragedię opisującą życie Mitrydatesa, która była ulubioną sztuką króla Francji Ludwika XIV. Opery na temat życia władcy Pontu skomponowali Scarlatti i Mozart (https://pl.wikipedia.org/wiki/Mitrydates_VI_Eupator).
Jak widać, nie tylko mnie uwodzi Wielka Historia Świata. To, co na tym terenie jest jej cechą charakterystyczną, kryje się w krótkim przekazie Wikipedii: "Antyczne królestwo Pontu uznaje się za całkowicie zhellenizowane" (https://pl.wikipedia.org/wiki/Pont). Do helleńskiej spuścizny tej ziemi będzie jeszcze okazja powrócić w dalszej części podróży.
Pozostaje nam jeszcze jeden przekaz historyczny, dotyczący walk Rzymu z Pontem. Ale napiszę o nim jakieś pięćdziesiąt kilometrów za Amasyą, bezpośrednio na miejscu, gdzie działy się wspomniane zdarzenia.
Tymczasem zbieramy się już do odjazdu. Bez zwiedzania zabytkowych meczetów i innych muzułmańskich zabytków, które przestały być dla mnie tak egzotyczne, jak były na początku podróży. Zresztą chyba więcej zachwytu już bym w Amasyi nie pomieściła.
Na dziedzińcu Gönül Sefası jemy skromniutkie w porównaniu z poprzednimi dniami śniadanie. A potem robimy coś zupełnie nieoczekiwanego nawet dla nas samych. I zamiast zgodnie z planem pojechać nad morze, to wyruszamy tego ranka w całkiem przeciwnym kierunku...
Ps. Jako ciekawostka jeszcze link do artykułu o Mitrydatesie VI - https://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/09/09/otrul-matke-zone-trzech-synow-i-trzy-corki-szalony-krol-pontu-ktory-dla-nikogo-nie-mial-litosci/
















































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz