Wyjeżdżając z Kastamonu, mylimy drogi i mamy okazję znaleźć się w pobliżu wielkiego targu zwierząt. I wtedy mąż pierwszy raz wspomina mi o zbliżającym się Święcie Ofiarowania. Ale ja absolutnie nie chcę przyjąć do wiadomości faktu, że te wspaniałe zwierzęta z targu mogłyby być przeznaczone na ofiarę, czyli po prostu... na rzeź.
Dopiero po powrocie z podróży znajduję w internecie wpis pod tytułem: “Kurban Bajram w Turcji - Święto Ofiarowania” (https://stykkultur.pl/turcja-kurban-bajram/). Czytam tam:
“Jego obchody mają miejsce około 70 dni po zakończeniu Ramadanu. (...) W dniach poprzedzających Kurban Bajram w większości małych miast i wiosek można zobaczyć ciężarówki pełne owiec i kóz, odbywających swoją ostatnią podróż”.
Tak, widzimy takie właśnie obrazki. Ale niech będzie błogosławiona nieświadomość. W tamte dni nawet nie przychodzi mi do głowy, jaki straszny los czeka te zwierzaki. W swojej naiwności cieszę się, że wkrótce po podróży posilą się świeżą trawą z nowych pastwisk. Czasem nie warto wiedzieć zbyt wiele o świecie...
I ponieważ wtedy nie wiedziałam, to w drodze do Amasyi nic nie psuło mi wakacyjnej radości. Nasz film drogi trwał w najlepsze. Zatrzymaliśmy się dopiero w Tosyi, która w Cesarstwie Bizantyjskim była znana pod piękną nazwa Teodozja (przed laty nie udało nam się dojechać do miasta o tej nazwie na Krymie, cieszę się więc, że mamy możliwość zapoznać się z takim miejscem w Turcji). Zgłodnieliśmy, a ślicznie ukwiecony tamtejszy deptak w centrum okazał się być fajnym przystankiem na piknik.
Kwitnąca wszystkimi kolorami Tosya bardzo nam się podoba. Od początku tej podróży w każdym z tureckich miast myślę o swoim pierwszym wrażeniu z tego kraju. “Kipienie życiem” - tak, to pasuje do nich wszystkich.
W Tosyi ludzie tłumnie spacerują każdą z ulic, w sklepach panuje nieopisany ruch, w licznych barach obsługa zwija się jak w ukropie, próbując zadowolić całe rzesze klientów. Zewsząd słychać rozmowy, nawoływania, śmiechy. Nawet psy nie mogą spokojnie pospać na trawniku przy naszym stoliku, bo jakaś kobieta uparła się, że musi im właśnie teraz koniecznie wepchnąć do zjedzenia wyniesione z piekarni chleby. Trochę nas rozbawiły te pełne determinacji próby nakarmienia całymi bochnami rozespanych zwierzaków, które najwyraźniej miały pełne brzuchy i słabe zainteresowanie drugim śniadaniem.
W Wikipedii znalazłam informacje, że tutejszy “dystrykt produkuje jedną trzecią łącznych zbiorów ryżu w Turcji” ( https://en-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Tosya?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc). Ale nie robię sobie zbytniej nadziei, że uda mi się zobaczyć ryżowe pola. Internet jest pełen zwodniczych obietnic dla turystów. Staram się za nadto do nich nie przywiązywać.
Ale tym razem będzie można donieść o dotrzymaniu obietnicy. Przy pierwszym ryżowym poletku za Tosyą ogarnia mnie prawdziwie radosne szaleństwo - nareszcie poczułam, że jestem w Azji! Roślinki zgodnie z zasadami uprawy mają nogi w wodzie, a główki w słońcu. Gdybym mogła, to bym obfotografowała każde ździebełko.
Trudno mnie w ogóle od tego poletka odciągnąć. Jest dla mnie niezwykłą osobliwością. Ale oto za pierwszym poletkiem przy naszej trasie pojawiają się następne. Cała dolina okazuje się porośnięta ryżem. Ryżowe szaleństwo opanowuje mnie bez reszty. Nawet kolejny raz porzucony aparat fotograficzny wraca do łask. I tak mam do samego Osmancika.
Dziś był wyjątkowo piękny dzień
- napiszę wieczorem do Beaty.
Jechaliśmy do Amasyi przez dolinę pełną ryżowych pól wśród pięknych gór
W Osmanciku można zrobić sobie przerwę w podróży, żeby zwiedzić miejscową twierdzę. My podczas lipcowych upałów oglądaliśmy ją tylko z okien samochodu. Chyba też było to trochę na zasadzie, że skoro odpuściliśmy już zwiedzanie, zamku w Kastamonu, choć mieliśmy idealne warunki, by się z nim bliżej zapoznać, to raczej bez sensu jest dla podobnego obiektu przerywać, a także wydłużać i bez tego długą podróż do Amasyi.
Zbliżamy się do celu bardzo wygodną, szeroką drogą. Krajobraz się zmienia i góry wzdłuż niej stają się coraz bardziej poszarpane.
- Mam wrażenie, że zaraz zza nich wyłoni się Mackenna - stwierdził w pewnym momencie mąż, nawiązując do jednego ze swoich ulubionych westernów. Rzeczywiście sceneria okazuje się jakby stworzona dla wszelkiej maści poszukiwaczy - złota, przygód, czy choćby sensu życia...
Góry Pontyjskie to łańcuch górski w północnej Turcji, który ciągnie się około tysiąc kilometrowym odcinkiem wzdłuż Morza Czarnego. Jesteśmy na terenie byłego Królestwa Pontu. W ostatnich wiekach przed naszą erą stanowiło ono liczącą się siłę. Przez pewien czas skutecznie rywalizowało z Rzymem o wpływy na obszarze Azji Mniejszej.
Według Wikipedii od III w.p.n.e. stolicą królów Pontu była Amasya. To właśnie z tej przyczyny chcieliśmy, by koniecznie znalazła się na naszej tureckiej trasie.
Natomiast „Turcja w Sandałach” pisze o Amasyi jako o... stolicy jabłek. Stąd właśnie wzięła się nazwa naszego hotelu. I mała jabłonka posadzona naprzeciwko jego wejścia na zboczu wzgórza.
Mieszkamy w Apple Palace, znów byliśmy w SPA, a ja nawet skorzystałam z masażu
- donoszę po przybyciu do Amasyi.
Ale największy szał zrobił hotel - przygotował nam dekorację pokoju na rocznicę ślubu - z róż, płatków i ręczników
O, matulu, wyobraźnia nie ma granic – odpisuje Beata
Wymiękłam
W życiu bym nie wpadła na takie dekoracje
to i tak nic w stosunku do widoków, jakie mamy - prosto na górę z grobowcami królów Pontu
Widać je nawet nocą, bo podświetlone
Hotel Palace umiejscowiony jest na zielonym, częściowo zalesionym wzgórzu. Z tak wspaniałego punktu obserwacyjnego możemy bez żadnych przeszkód podziwiać największą atrakcję Amasyi.
U stóp góry natomiast można jednocześnie oglądać pełne światła miasto w dolinie rzeki Yeşilırmak. Na jej brzegu stoją rozświetlone wszystkimi możliwymi kolorami osmańskie wille.
To właśnie (…) widok z naszego balkonu
Piękne widoki! Aż trudno uwierzyć, że Ty tam teraz jesteś
Nawet ja mam z tym trudność😉
Siedzimy na balkonie i się wgapiamy z opadniętą szczeną😍. Dobrej nocki😎
Zrobiło się bardzo późno i przed snem żegnam się online ze wszystkimi Bliskimi z Polski. Ale pożegnanie tego pięknego dnia wciąż odkładam na później. Wcale nie chcę, by się zakończył. Taki wieczór nie zdarza się w życiu zbyt często. Wszystko jest tak piękne, że świat wydaje się być po prostu miejscem idealnym.
Na tle wyjątkowo malowniczych Gór Pontyjskich rozpościera się nocna panorama Amasyi w pełnej krasie. Mam wrażenie, że trudno będzie zobaczyć piękniejsze miasto w naszej podróży. Nawet nie próbuję zebrać szczęki z podłogi. Kieruję się w końcu do łóżka, ciągnąc ją za sobą po sfatygowanej wykładzinie pokoju.
Następny wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/10/blog-post_21.html




























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz