Takiej umysłowej obróbce poddaję właśnie nasz wakacyjny pobyt w Turcji. Co mogę o nim napisać? Cóż, przeżyliśmy tam wiele "przygód".
Turcja to nie był planowany kierunek na nasz letni wyjazd. Szczerze mówiąc, w ogóle nie braliśmy go pod uwagę w jakichkolwiek wakacyjnych kalkulacjach. Turcję zesłał nam los. I stało się tak za sprawą Ani. Miesiąc przed urodzinami Bartka nasza ukochana Dziewczyna przysłała mi wiadomość, ze dostała urlop na przełomie lipca i sierpnia. Planowała spędzić go z nami i pytała, co my na to? Wychodziło, że ma do dyspozycji jakieś 10 dni. Co my na to? To dla nas jedna z najmilszych wakacyjnych niespodzianek, jakie mogły się zdarzyć. Tyle że naszym zdaniem, miasteczko, w którym mieszkamy, nie stanowi najbardziej ciekawego miejsca do spędzania wakacji przez młodą dziewczynę. Trudno też byłoby zapewnić jej atrakcyjny pobyt w domu, gdzie jedynie kot cieszy się przymiotami młodości. Szybko więc zadaję sms - em pytanie: "Anusiu, czy gdybyśmy znaleźli w tym okresie jakieś zorganizowane wczasy, to byłabyś zainteresowana?" I godzinę później: " Bo znalazłam na przykład fajną ofertę w Turcji tuż przy morzu". Jedno słowo: "super" z ust Ani przyklepuje całą sprawę.
No więc, wracając do tematu - dlaczego Turcja? A z kompletnego przypadku - byłam zdecydowana wykupić wycieczkę w jakimkolwiek kierunku, byle tylko termin się zgadzał i cena, gwarantująca przyzwoitą jakość, mieściła się w granicach rozsądku. Przy tych kryteriach nie mieliśmy specjalnego wyboru, padło na turecką "Riwierę". Niech będzie - w świetnym towarzystwie każdy wyjazd można świetnie spędzić. Załatwiam formalności i z niecierpliwością oczekujemy nadejścia dni, które spędzimy z Anią.
Nazajutrz po jej przyjeździe, pełni entuzjazmu, radości i wakacyjnych marzeń, meldujemy się na lotnisku w Katowicach. I tak wygląda wstęp do przedstawienia całego katalogu "przygód", które już tam na nas czekały. Wszystko skończyło się niestety reklamacją, przesłaną po powrocie do biura podróży.
Lista naszych przygód wyglądała z grubsza następująco:
- czterogodzinne opóźnienie wylotu i utrata szansy na załapanie się na kolację (tym razem nie zabrałam polara, nie mieliśmy więc kanapek upchniętych w kieszenie "na wszelki wypadek" - głodujemy do śniadania),
- na miejsce docieramy nad ranem wykończeni do granic możliwości (nasz hotel jest ostatnim w kolejce rozwożenia turystów), a tam czeka na nas prawdziwa niespodzianka: overbooking!,
- w zamian manager obiecuje tymczasowe zakwaterowanie w hotelu czterogwiazdkowym - łże jak pies,
- zastępczy hotel, (do którego przyjmują nas z wielką łaską, bo nawet tam nie ma miejsc) składa się z dwóch budynków - głównego - podobno w granicach przyzwoitości oraz bocznego - do generalnego remontu (oczywiście my trafiamy do tego drugiego),
- gwiazdki to tylko nad nim świecą na lipcowym niebie - wewnątrz jest tak brudno, staro i śmierdząco, że uznajemy, iż dla własnego bezpieczeństwa lepiej będzie nie korzystać z zagrzybionych łazienek (a żar się z nieba leje),
- pierwszą kąpiel po podróży możemy więc wziąć dopiero późnym popołudniem, gdy rezydentka załatwia nam możliwość udania się do kompleksu wykorzystywanego na hotelowe SPA (szału nie ma, ale kontakt z wodą po prostu uzdrawia i leczy rany),
- gdy następnego dnia możemy już wrócić do "swojego" hotelu, to wydaje nam się, że to musi być koniec przygód. Na miejscu na pewno przecież czekają zarezerwowane przez nas pokoje. I to w dobrym standardzie (zamiana 0 gwiazdek na 3!). Wreszcie rozpocznie się spokojny wypoczynek.
No i nic z tych rzeczy.
Tym razem sprawa dotyczyła widoku na morze. Otóż zarezerwowaliśmy dwa standardowe pokoje side sea view. Tak jak napisałam w reklamacji: "W [...] ofercie były wówczas również tańsze pokoje - promo rooms, na które się nie
zdecydowaliśmy. Woleliśmy dopłacić, by w czasie wakacji cieszyć się upragnionym
widokiem na morze, na którym nam bardzo zależało." No i gdzie nas zakwaterowano? W dwóch ostatnich pokojach w całym hotelu: my z mężem trafiliśmy w okolicę dosyć hałaśliwego miejsca nad głównym wejściem, a Ania gdzieś na tyły budynku. Widokami nikt się w ogóle nie przejmował. My moglibyśmy oglądać morze wtedy, gdy wychylilibyśmy się z balkonu, na którym z racji wysokich temperatur nie można było wytrzymać ani chwili (daliśmy więc sobie szybko z tym spokój), Ania zaś miała jedynie możliwość pełnego wglądu w czyjeś mieszkanie za swoimi oknami. Codziennie kończyło się obietnicą, ze następnego dnia na pewno pokoje będą wymienione. Uparłam się, by dotrzymano słowa chociaż w przypadku Ani - cały ten wyjazd miał na celu zapewnienie jej najlepszych wakacji, na jakie było nas stać. No i mój upór przyniósł jakiś rezultat - Ania doczekała się wreszcie pokoju z widokiem na morze, którym można się było cieszyć aż przez cały następny dzień, gdyż już w kolejnym, na
wczesny poranek mieliśmy zaplanowany wyjazd z hotelu i powrót do domu:(
No cóż, właściwie nic podczas naszych tureckich wakacji nie poszło zgodnie z planem. Ania mówi, że od tej chwili będzie jeździć tylko z biurem Bożena Travel. Rzeczywiście staram się, aby każdy wyjazd, który organizuję, był dopięty omal na ostatni guzik. Ale wydawało mi się, że profesjonalne biuro podróży zrobi to w sposób po prostu idealny. I chcąc mieć pewność, że zapewniam Ani to, co najlepsze, powierzyłam nasze wakacje w cudze ręce.
A teraz nadszedł czas, by ćwiczyć się w umiejętności wygładzania wspomnień i opowiadania z dystansem o wszystkich "przygodach", które były naszym udziałem. I przyznać muszę, że idzie nam całkiem nieźle. Wszystkie negatywne emocje wyładowałam na kartach reklamacji, zakleiłam w kopercie i wysłałam w szeroki świat. Przestały rzucać się cieniem na jasne strony tureckich wakacji. A takich właśnie staram się doszukać. W końcu przecież byliśmy tam razem i to wspólne towarzystwo cieszyło najbardziej. Mieliśmy morze na wyciągnięcie ręki, a ono nigdy nie rozczarowuje. Wprost przeciwnie - oczarowywało turkusowym połyskiem i łasiło się do stóp, liżąc je ciepłymi językami fal. Gdyby nie overbooking, to uważałabym Hotel Doris Aytur*** w Mahmutlar za trafny wybór - zarówno pod względem usytuowania, jak i standardu, który odzwierciedlał gwiazdkową kategorię. W chwilach, kiedy się nie denerwowałam, to starałam się tam wypoczywać - nadrobiłam więc zaległości w spaniu i w zakresie znajomości sztuki filmowej. Napotkani przez nas ludzie w większości byli życzliwi - zwłaszcza ci, którzy nie działali w turystyczno - handlowym biznesie. Poznaliśmy bliżej nowe miejsce. Wybraliśmy się również wspólnie na wycieczkę do Alanyi, którą Ania chciała zwiedzić. Nakupiliśmy trochę tureckich pamiątek.
Zdobyliśmy też mnóstwo doświadczeń. Gdyby nie zastępczy hotel, to pewnie nigdy byśmy nie mieli okazji spędzić wieczoru na animacjach dla Rosjan, ani zobaczyć, jak wyglądają niskobudżetowe wakacje all inclusive w ich stylu.
Czy to mało?
Przecież to wszystko by się nie zdarzyło, gdybyśmy nie pojechali. Czy było warto? I już właściwie, po obrobieniu wszystkiego w swojej głowie, miałam odpowiedzieć że tak, jasne , oczywiście, gdy z Biura Podróży Orex Travel nadeszła odpowiedź na moją reklamację. A w niej po prostu same kłamstwa i insynuacje. A to, że nie informowaliśmy biura od razu o niedogodnościach (przy zapisanych na moim telefonie 4 sms-ach zaledwie pierwszego dnia i niezliczonych rozmowach z rezydentką), a to, że nie wiadomo gdzie i w jakich okolicznościach zostały zrobione zdjęcia!!!
Najbardziej niedorzeczny argument głosi, że nie zdecydowaliśmy się na odstąpienie od Umowy, zarówno w momencie pojawienia się niedogodności, jak też na późniejszym etapie, więc tym samym zaakceptowaliśmy zmieniony zakres usługi. Niby że jak to odstąpienie miałoby wyglądać w praktyce? Mielibyśmy zostać tam w Turcji bez dachu nad głową, szansy na powrotny samolot oraz bez kasy na pobyt, bo tę wpłaciliśmy przed wyjazdem na konto Orex Travel? I komu właściwie powinniśmy o 5 nad ranem zgłosić rezygnację z ich usług, bo był z nami jedynie recepcjonista hotelu zastępczego, który nie mówił ani słowa po angielsku?
Po tych wszystkich "argumentach" w odpowiedzi na moją reklamacje następują "szczere przeprosiny" i wyrażenie chęci rekompensaty w postaci rabatu w wysokości 10 % na wakacje w sezonie wiosna/lato 2019, pod warunkiem rezerwacji bezpośredniej u organizatora (na pewno o tym marzymy!). Na koniec: uwaga, uwaga!: zastrzeżenie, że treść reklamacji stanowi tajemnicę przedsiębiorstwa!!! oraz straszenie skutkami braku zastosowania się do "tychże obowiązujących przepisów."
Chciałam odpowiedzieć "tak, jasne, oczywiście" na pytanie, czy było warto, zanim nie poczułam się obrażona stanowiskiem Biura Podróży. A to, że próbuje mi się zamknąć usta i mnie zastraszyć, żeby kłamstwa i insynuacje nie wyszły na jaw, to już uważam za kpiny z "obowiązujących przepisów", na które ktoś o nieczytelnym podpisie się powołuje.
Niestety odpowiedź Orex Travel przeszła poza granicę zakwalifikowania li tylko do "wakacyjnej przygody". Teraz widzę, że przeżyty w podróży stres nie kończy się z chwilą powrotu.
Sprawa będzie ciągnąć się dalej, bo w swej naiwnej wierze w uczciwość i sprawiedliwość, muszę przecież sprostować bzdurne argumenty korespondenta w kolejnym piśmie. Wydaje mi się to kwestią honoru, który ucierpiał po potraktowaniu mnie jako kłamczuchy i oszustki, nieudolnie wciskającej kity komuś, kto jest bez skazy. A takie wspomnienia się ani nie wygładzają, ani nie deformują w zabawny sposób.
P.s.
Relację o wycieczce do Alanyi napiszę w wolnej chwili.
No cóż, właściwie nic podczas naszych tureckich wakacji nie poszło zgodnie z planem. Ania mówi, że od tej chwili będzie jeździć tylko z biurem Bożena Travel. Rzeczywiście staram się, aby każdy wyjazd, który organizuję, był dopięty omal na ostatni guzik. Ale wydawało mi się, że profesjonalne biuro podróży zrobi to w sposób po prostu idealny. I chcąc mieć pewność, że zapewniam Ani to, co najlepsze, powierzyłam nasze wakacje w cudze ręce.
A teraz nadszedł czas, by ćwiczyć się w umiejętności wygładzania wspomnień i opowiadania z dystansem o wszystkich "przygodach", które były naszym udziałem. I przyznać muszę, że idzie nam całkiem nieźle. Wszystkie negatywne emocje wyładowałam na kartach reklamacji, zakleiłam w kopercie i wysłałam w szeroki świat. Przestały rzucać się cieniem na jasne strony tureckich wakacji. A takich właśnie staram się doszukać. W końcu przecież byliśmy tam razem i to wspólne towarzystwo cieszyło najbardziej. Mieliśmy morze na wyciągnięcie ręki, a ono nigdy nie rozczarowuje. Wprost przeciwnie - oczarowywało turkusowym połyskiem i łasiło się do stóp, liżąc je ciepłymi językami fal. Gdyby nie overbooking, to uważałabym Hotel Doris Aytur*** w Mahmutlar za trafny wybór - zarówno pod względem usytuowania, jak i standardu, który odzwierciedlał gwiazdkową kategorię. W chwilach, kiedy się nie denerwowałam, to starałam się tam wypoczywać - nadrobiłam więc zaległości w spaniu i w zakresie znajomości sztuki filmowej. Napotkani przez nas ludzie w większości byli życzliwi - zwłaszcza ci, którzy nie działali w turystyczno - handlowym biznesie. Poznaliśmy bliżej nowe miejsce. Wybraliśmy się również wspólnie na wycieczkę do Alanyi, którą Ania chciała zwiedzić. Nakupiliśmy trochę tureckich pamiątek.
Zdobyliśmy też mnóstwo doświadczeń. Gdyby nie zastępczy hotel, to pewnie nigdy byśmy nie mieli okazji spędzić wieczoru na animacjach dla Rosjan, ani zobaczyć, jak wyglądają niskobudżetowe wakacje all inclusive w ich stylu.
Czy to mało?
Przecież to wszystko by się nie zdarzyło, gdybyśmy nie pojechali. Czy było warto? I już właściwie, po obrobieniu wszystkiego w swojej głowie, miałam odpowiedzieć że tak, jasne , oczywiście, gdy z Biura Podróży Orex Travel nadeszła odpowiedź na moją reklamację. A w niej po prostu same kłamstwa i insynuacje. A to, że nie informowaliśmy biura od razu o niedogodnościach (przy zapisanych na moim telefonie 4 sms-ach zaledwie pierwszego dnia i niezliczonych rozmowach z rezydentką), a to, że nie wiadomo gdzie i w jakich okolicznościach zostały zrobione zdjęcia!!!
Najbardziej niedorzeczny argument głosi, że nie zdecydowaliśmy się na odstąpienie od Umowy, zarówno w momencie pojawienia się niedogodności, jak też na późniejszym etapie, więc tym samym zaakceptowaliśmy zmieniony zakres usługi. Niby że jak to odstąpienie miałoby wyglądać w praktyce? Mielibyśmy zostać tam w Turcji bez dachu nad głową, szansy na powrotny samolot oraz bez kasy na pobyt, bo tę wpłaciliśmy przed wyjazdem na konto Orex Travel? I komu właściwie powinniśmy o 5 nad ranem zgłosić rezygnację z ich usług, bo był z nami jedynie recepcjonista hotelu zastępczego, który nie mówił ani słowa po angielsku?
Po tych wszystkich "argumentach" w odpowiedzi na moją reklamacje następują "szczere przeprosiny" i wyrażenie chęci rekompensaty w postaci rabatu w wysokości 10 % na wakacje w sezonie wiosna/lato 2019, pod warunkiem rezerwacji bezpośredniej u organizatora (na pewno o tym marzymy!). Na koniec: uwaga, uwaga!: zastrzeżenie, że treść reklamacji stanowi tajemnicę przedsiębiorstwa!!! oraz straszenie skutkami braku zastosowania się do "tychże obowiązujących przepisów."
Chciałam odpowiedzieć "tak, jasne, oczywiście" na pytanie, czy było warto, zanim nie poczułam się obrażona stanowiskiem Biura Podróży. A to, że próbuje mi się zamknąć usta i mnie zastraszyć, żeby kłamstwa i insynuacje nie wyszły na jaw, to już uważam za kpiny z "obowiązujących przepisów", na które ktoś o nieczytelnym podpisie się powołuje.
Niestety odpowiedź Orex Travel przeszła poza granicę zakwalifikowania li tylko do "wakacyjnej przygody". Teraz widzę, że przeżyty w podróży stres nie kończy się z chwilą powrotu.
Sprawa będzie ciągnąć się dalej, bo w swej naiwnej wierze w uczciwość i sprawiedliwość, muszę przecież sprostować bzdurne argumenty korespondenta w kolejnym piśmie. Wydaje mi się to kwestią honoru, który ucierpiał po potraktowaniu mnie jako kłamczuchy i oszustki, nieudolnie wciskającej kity komuś, kto jest bez skazy. A takie wspomnienia się ani nie wygładzają, ani nie deformują w zabawny sposób.
P.s.
Relację o wycieczce do Alanyi napiszę w wolnej chwili.
POST SCRIPTUM
Po miesiącu czasu nadchodzi kolejna odpowiedź, przynajmniej już mniej arogancka, ale i tak podtrzymująca poprzednie stanowisko i przytaczająca kolejne bezsensowne argumenty, na przykład o tym, jako byśmy porównywali hotelowe gwiazdki w Turcji do polskich (a oczywiście z treści reklamacji jasno wynika, ze porównujemy tureckie hotele - trzygwiazdkowy do takiego bez żadnych gwiazdek). Czy prostowanie tego w nieskończoność ma sens? To jak kopanie się z koniem - kosztuje dużo wysiłku i za każdym razem powoduje większe straty - w postaci coraz gorszych, zamiast coraz bardziej ugładzonych, wspomnień o przebytej wycieczce. Wydaje się, że biura podróży o tym wiedzą i to jest ich sposób na wywarcie na kliencie zaprzestania dalszych działań. Choć możliwe, że teraz generalizuję. Być może sprawa dotyczy tylko naszej podróży i biura Orex Travel. Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek przeczyta o tym na moim blogu, ale, no cóż, to raczej nie jest przepis na wakacje, które chciałoby się w podobnej formule powtórzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz