Po powrocie z Beskidu Niskiego od razu wpadłam w wir szkolnych „aktualności”. W liceum rozpoczęły się matury, szkoły podstawowe przygotowywały się do egzaminów po ósmej klasie. W moim życiu znów zagościło tyle zamieszania i bieganiny, że szybko zapomniałam o resecie od szkoły, którego zaznałam w sanatorium.
Poza tym ze zdumieniem zauważyłam, że doszłam do stanu, gdy muszę się aklimatyzować po dłuższej nieobecności również do pobytu w domu. Albo może to nie o niego tu chodziło, tylko o zmianę otoczenia, czy też ściślej klimatu. Bo mój organizm po powrocie w nasz smogowy rejon konsekwentnie odmawiał wykrzesania jakichkolwiek sił podczas dni pełnych stojącego, zanieczyszczonego powietrza, nasyconego dodatkowo o tej porze roku pyłkami najrozmaitszych kwitnących traw, na które jestem uczulona. W górach zdążyłam się już przyzwyczaić do rześkości podczas oddychania. A po powrocie trafiłam na ciężką, codziennie przedburzową pogodę, która jednak przez długi czas nie skutkowała żadnymi opadami. Duszne, gorące dni dały mi porządnie w kość.
Mojego samopoczucie nie poprawiał nawet urok majowej przyrody, która nie narzekała zbytnio na pogodowe niedogodności. Sezon wegetacyjny znacznie wyhamował po kwietniowych przymrozkach, które dały się we znaki nie tylko w Beskidzie Niskim, ale i na terenie całego kraju. Mimo tego, po powrocie w swoje strony trafiłam na porę przekwitających kasztanowców, chociaż okres maturalny był dopiero na starcie. Za to akacje, które zawsze kojarzyły się z zakończeniem roku szkolnego zachwycały pełnią rozkwitu.
Ale i tak największy zachwyt wzbudzała we mnie moja własna grządka założona jesienią z pomocą dzieciaków. Po powrocie z Wysowej znalazłam tam takie szaleństwo anemonów, że aż mi dech w piersiach zaparło.
Nigdy mi się nie udawały, kupowałam przepiękne w doniczkach, przesadzałam i one z miejsca marniały na grządkach. A tu z takich byle cebulek kupionych jesienią z pudełek z Lidla taki efekt – chwalę się moim bliskim.
Niestety radość nie trwa długo. Po pierwszych mokrych dniach pojawiają się ślimaki. I nic nie daje to, że ostatnio każdy mój dzień zaczyna się od zbierania tych żarłocznych potworów i zbieraniem się kończy. Wszystko na mojej grządce jest w jakiejś fazie obżarcia, niektóre rośliny w końcowej. Bardzo to dołujące.
Niestety dołujących nowości jest więcej.
Po intensywnych ćwiczeniach, do których się naprawdę pilnie przyłożyłam i serii zabiegów w sanatorium idę ze swoim zrehabilitowanym w moim odczuciu kręgosłupem i z wielką dumą ze swojej pilności na kontrolną wizytę u neurologa. Pani doktor zagląda w wyniki badań i wzdycha:
- Pani kręgi L4 i L5 się rozjeżdżają.
- To będę je dalej rehabilitować – deklaruję z przekonaniem.
Ale pani doktor kręci głową.
- Tego się nie rehabilituje. To się śrubuje.
No i jak mam nie być zdołowana? Pociesza mnie jedynie myśl, że może czekający mnie wkrótce rezonans magnetyczny nie potwierdzi werdyktu pani neurolog. W końcu, jeśli jakimś cudem mój szpik kostny zaczął znowu produkować białe ciałka, co widać w ostatnich wynikach badań krwi, a przecież nie dawano już temu szans, to może i ten kręgosłup się jakoś sam pozbiera i doprowadzi do porządku. Bez żadnych operacji i śrub. Jestem przecież silna i dzielna. Choć, mimo że sobie to wciąż wspierająco powtarzam, jakoś tego ostatnio za bardzo nie czuję…
Niemniej kontynuuję to afirmacyjne powtarzanie, bo i tak trudno byłoby mi je czymś innym zastąpić. Jednak we wmawianiu sobie różnych rzeczy już osiągnęłam sporą biegłość. Początkiem roku szkolnego na przykład, jadąc do katolickiej szkoły wysłuchałam piosenki śpiewanej przez Annę Naklab:
„I’m a supergirl
And supergirls don’t cry”.
Wiedziałam, że to o mnie. I że to do mnie. No więc kierowałam te słowa do siebie raz po raz. Nie płakałam. Nie miałam czasu, ani możliwości, by to robić. Po wakacjach, w czasie których umarł mój mąż, musiałam wrócić do pracy. W katolickiej szkole rozpoczynałam swój drugi rok szkolny, w masowej na terenie mojego miasta pierwszy. To nie był dobry moment na przeżywanie żałoby. Trudno się z nią obnosić w nowej pracy i to na dodatek z dziećmi. One potrzebują uśmiechu i mocy, nie smutku i załamanych rąk. No więc założyłam uśmiechniętą maskę i udaję… Wciąż, do tej pory…
Ale jest okey, jestem przecież dzielna. I do tego taka silna...
„It's
okay
I got lost on the way
But I'm a supergirl
And
supergirls don't cry"
P.s. Tekst pochodzi z
https://www.tekstowo.pl/piosenka,anna_naklab,supergirl.html
"Jest
OK
Zgubiłam się po drodze
Ale jestem super-dziewczyną
A
super-dziewczyny nie płaczą"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz