Mam tutaj bardziej na myśli to, jaką rangę w osobistym systemie wartości stanowi dla mnie studiowanie. No i ten rok wykazał wyraźnie, że zajmuje ono miejsce gdzieś w ogonie ważnych dla mnie spraw, zdecydowanie poza wszystkimi możliwościami rodzinnych spotkań, priorytetami w pracy zawodowej, relacjami z ludźmi, na których mi zależy, a nawet za przyjemnościami z rodzaju szczególnie ukochanych, czyli za podróżami.
Z początku myślałam, że wszyscy mają podobnie. W końcu mój kierunek powstał z myślą o licencjatach i magistrach, czyli osobach, które już wcześniej zdobyły i wyższe wykształcenie, i studencką praktykę. Do tego wszystkiego nie trafiłam na grupkę młodzików - może to nie studenci w moim wieku, ale jednak gros z nich ma na karku parę dziesiątków lat i sporo doświadczeń życiowych na koncie. W związku z tym wydawało mi się, że przynajmniej większość z tych ludzi uczy się teraz w SWPS w zasadzie hobbystycznie.
Przeżyłam więc szok, gdy usłyszałam przed rozpoczęciem zimowej sesji, jak moje koleżanki z lektoratu dzielą się w swojej grupce zwierzeniami na temat odwołanych feriowych podróży i strat finansowych z tego tytułu, a także niepokojem o relacje z mężami, którzy mogą wyrazić sprzeciw na brak rodzinnych wyjazdów przez cały okres studiów! Z powodu egzaminów? Serio? Wydawało mi się to niemożliwe. Przecież uczelnia wyznaczyła dwa terminy na zdawanie każdego przedmiotu. Na dodatek żaden z nich nie robił wrażenia, żeby można było mieć jakieś trudności z zaliczeniem. Do tego zdawanie testowe - jak dla mnie bułka z masłem po doświadczeniu każdorazowego ustnego sprawdzania wiedzy na moim pierwszym kierunku.
No i oczywiście pojechałam w sesji zimowej na dwa tygodnie do Izraela. Bez żadnych wyrzutów sumienia. Wyglądało to tak, że z jednego z egzaminów podążałam prosto na lotnisko, zaś po powrocie i kilkugodzinnej nauce meldowałam się na kolejny. I poszło. Myślę, że z jedną z najlepszych średnich na roku.
Plan na kolejną sesję był równie beztroski. Tym razem miałam się przygotować do ustnego egzaminu z różnic indywidualnych podczas pobytu nad Jeziorem Como, a na zdawaniu stawić się bezpośrednio po wylądowaniu w Katowicach. Pierwsza część planu przebiegła bez zakłóceń. Po przybyciu do naszego kamiennego domku w Sorico nic nie przeszkadzało mi w nauce i nikt mnie nie rozpraszał. Obolały mąż spędzał czas na kanapie w salonie. Przysypiał po środkach przeciwbólowych lub oglądał kolejne mundialowe rozgrywki. Niewiele niestety skorzystał z pobytu w odwiedzonym zakątku raju.
Ja zaś, pomiędzy wciskaniem poszczególnych kawałków wiedzy do głowy, mogłam ją przewietrzyć w najpiękniejszych okolicznościach przyrody.
Ogrzewałam się w promieniach ciepłego słonka podczas, gdy w Polsce było zimno, pochmurno i deszczowo.
Spacerowałam nad brzegiem jeziora, a jak mnie to zmęczyło, to po prostu siedziałam i patrzyłam na falująca wodę.
Podziwiałam widoki na Alpy rozciągające się z okien kamiennego domku, rozglądałam się po naszej mieścinie, raz nawet wspięłam się leśną ścieżką na zbocze góry za posiadłością, gdzie mieszkaliśmy.
Tam, po dotarciu do niewielkiego kościółka miałam okazję podziwiać pejzaże nie mające sobie równych.
W przerwach w nauce popijałam białe i różowe wino, wyprodukowane na włoskiej północy i zajadałam się pysznym spaghetti, przygotowanym ze świeżych lokalnych produktów.
Było bosko, niczego nie żałuję. A do egzaminu nie byłam gorzej przygotowana niż inni.
Niestety nie udało mi się tego zaprezentować w wyznaczonym terminie. Z powodu "przygody" (jak to określił kuzyn męża), która spotkała nas podczas powrotu do Polski. Zdarzenie to dowodzące zarówno naszej głupoty, jak i naiwności, nie dość, że rzuciło się cieniem na naszą radość z podróży, to jeszcze mogło mieć o wiele poważniejsze konsekwencje, przede wszystkim finansowe, niż to, czego ostatecznie doświadczyliśmy. Oczywiście ponieśliśmy dodatkowe koszty (choć to i tak już niewiele zmieniło w przypadku podróży dwóch osób opłaconej dla czterech). Dzięki Bogu nie zostaliśmy jednak doszczętnie spłukani, a cała historia skończyła się szczęśliwym powrotem do domu.
Właściwie to nie wiem, czy nazwać ją przygodą z samochodem, czy przygodą z samolotem. Oba środki transportu, używane przez nas w drodze powrotnej znad Jeziora Como mają tu równoważne znaczenie. A zapowiadało się tak pięknie - jechaliśmy naszym wielkim, przestronnym minivanem, podziwiając oszałamiające widoki i przybyliśmy na ogromne lotnisko Mediolan Malpensa w stosunkowo dobrym czasie. Skurczył się on jednak wkrótce znacząco, bo pobłądziliśmy pomiędzy najróżniejszymi poziomami i parkingami, usiłując oddać samochód do wypożyczalni. Ale w końcu dotarliśmy do biura Goldcar, gdzie już całkiem spora kolejka oczekiwała na pracownika, któremu można przekazać kluczyki.
I wtedy właśnie niestety nam się TO przypomniało - w zapisie umowy wypożyczenia było napisane wyraźnie: pełny do pełnego! A my nie zatankowaliśmy benzyny po drodze, co miało skutkować karą dla niedopełniających swoich obowiązków klientów. I tutaj, niech to diabli, włączyła się wrażliwość na ocenę. Jak to - my klientami niedotrzymującymi umów? Nie, to absolutnie niemożliwe. Zrobiliśmy natychmiastowy samochodowy zwrot w tył i dalejże szukać stacji benzynowej w okolicy. Łatwo nie było - spotkaliśmy się i z brakiem paliwa, i brakiem obsługi. Gdy wreszcie mieliśmy pełny bak, to czasu do odlotu zostało już naprawdę niewiele. Skończyło się tym, że w wypożyczalni nie czekaliśmy nawet na zakończenie oględzin wozu, nie podpisaliśmy żadnego protokołu oddania, nie rozmawialiśmy też dłużej z pracownikiem odbierającym nasze kluczyki, który odmówił podwiezienia mojego niepełnosprawnego męża pod terminal odlotów. Kazał nam wzywać taksówkę - na lotniskowy parking! - ciekawe, jak to mielibyśmy wykonać w praktyce. Ruszyliśmy zatem naprzód przez kilometry mediolańskiego lotniska i zmachani zameldowaliśmy się na stanowisku Ryanaira 7 minut przed zamknięciem bramek. I tu panie z obsługi popatrzyły na mojego ledwie łapiącego oddech męża, który kuśtykał taki kawał drogi o lasce i ... oceniły, że już nie zdążymy osiągnąć celu na czas! Żadna prośba, by pomóc osobie z niepełnosprawnością ich nie wzruszyła. Cóż można zrobić, gdy na lotnisku słyszy się słowa: "za późno"? Tylko zwrócić się do podróżującego często kuzyna, by ogarnął nam nazajutrz następny lot, hotel z wliczonym transferem i połączenie lotnisko - miejsce zamieszkania. No i przespaliśmy jedną noc w hotelu Ear w Oleggio, następnego dnia wylądowaliśmy zaś w Lublinie (bo to była najtańsza opcja) i pięć godzin jechaliśmy stamtąd do Krakowa, gdzie przesiadaliśmy się do busa, który nas zawiózł do domu. Nie narzekaliśmy. Nie byłoby i tak najgorzej, gdyby nie fakt, że następnego dnia pojawiła się na koncie bankowym pozycja dodatkowej płatności w Goldcar Mediolan Malpensa. Pobrana kwota była opłatą za...benzynę i karą za oddanie niepełnego baku!
- Ech, makaroniarze - westchnął tylko pan z parkingu w Katowicach, gdy wreszcie dotarliśmy tam po odbiór zostawionego przed podróżą auta i opowiedzieliśmy o naszej "przygodzie". Cóż nigdy dotąd tak o Włochach nie myślałam. Ale po przeczytaniu opinii o Goldcar Milano Malpensa i tak możemy się tylko cieszyć, że nie zostaliśmy oszukani na dużo większą kasę.
Jak głosi przysłowie, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Gdy opowiadam koleżankom ze studiów o błądzeniu na lotnisku i wokół, samolocie, który odfrunął bez nas i podróży przez Lublin, śmieją się z naszej przygody.
- Jak taka para nastolatków - komentuje nasze decyzje (czy też brak rozsądnych decyzji) Jola. No tak, w obawie, by nie postrzegano nas jako nieodpowiedzialnych w wypożyczalni, nieodpowiedzialnie obeszliśmy się z czasem przed odlotem. Czy to ostudzi mój zapał do podróży? Nie sądzę. Zaraz po wyruszeniu naszego autobusu w kierunku Krakowa, mimo że zmęczona do oporu, umawiam się już z mężem na rychły objazd po Lubelszczyźnie. Tak dawno tu nie byliśmy, a przecież to takie piękne rejony!
Z chęci podróżowania wyleczyć się nie da. I żadne perypetie, zmęczenie czy nawet pojawiające się okresowo przeszkody obiektywne na przykład w postaci sesji tego nie zmienią. Widać w tym wyraźnie różnice indywidualne między mną a moimi koleżankami z lektoratu.
Ale ja nie narzekam na tego bakcyla, którego noszę w sobie odkąd pamiętam. Egzamin z różnic indywidualnych zdałam w drugim terminie na maksymalną ilość punktów. Pozostała część sesji też poszła mi nad wyraz dobrze. Wciąż pozostaje prymuską na roku. Może jednak pomimo mojego sposobu postrzegania życiowych priorytetów mogłabym być studenckim wzorem? To nie tak, żebym akurat tego pragnęła. Po prostu chyba już najwyższa pora, żeby docenić siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz