sobota, 23 czerwca 2018

PRZEWIETRZYĆ GŁOWĘ

Czerwiec jest miesiącem zakończeń - tak dla mojej pracy nauczycielki, jak i dla pełnej zjazdów aktywności studenckiej. W szaleńczym tempie przebrnęłam przez końcówkę roku szkolnego i akademickiego. Uczniowie mojej szóstej klasy odebrali wypisane przeze mnie świadectwa i rozpoczęli zasłużone wakacje. Okazało się przy tym, że nie musimy się jeszcze żegnać - poprzednia wychowawczyni szóstoklasistów postanowiła wziąć od września urlop zdrowotny i automatycznie przejęłąm jej obowiązki na rok przyszły. Nawet się z tego ucieszyłam, pracy co prawda zdecydowanie więcej, ale polubiłam bardzo moich nowych wychowanków.
Po rozdaniu świadectw zaliczyłam jeszcze sobotnią część ostatniego weekendowego zjazdu na psychologii. Udało mi się w terminie oddać wszystkie prace: esej, studium przypadków, raport z diagnozy, a także zaliczyć kolokwia, e-learning z języka angielskiego i, co było dla mnie najtrudniejsze, obsługę pakietu statystycznego. Tym samym zostałam dopuszczona do sesji. Liczę sie z tym, że nie będzie ona tak wzorowo zakończona jak ta po pierwszym semestrze, ale tym będę się martwić dopiero w lipcu. Niestety muszę wtedy zdać tak trudne dla mnie przedmioty, jak na przykład biometria czy statystyka wespół z metodologią, która też, o zgrozo, okazała się nauką pełną wzorów, symboli i strzałek. Chyba miałam trochę inne wyobrażenie o studiach psychologicznych. Łączenie ich z pracą, która w ostatnich miesiącach z powodu wychowawstwa ma znacznie zwiększony wymiar, też okazało się wyzwaniem.






















Tak więc wydawało się pewne, że końcem roku szkolnego będę przeogromnie zmęczona. I chciałam temu zapobiec, planując wyjazd, w czasie którego miałam doładować akumulatory. W niedzielne przedpołudnie w biegu dopracowuję jeszcze szkolną dokumentację, wrzucam do walizki to, co akurat wpadło mi w ręce i już mogę wyruszać na lotnisko w Katowicach. Po drodze mamy w planach do tego wszystkiego wpaść z imieninową wizytą do Pani Janeczki. Poznajemy tam sąsiadkę, która zaoferowała się pomagać naszej podopiecznej w samodzielnym  przechodzeniu przez każdy dzień po powrocie do domu - bez kursu wolontariuszy, praktyk i zleceń z hospicjum. To właśnie takie osoby dają światu dowód, że ludzie są po prostu dobrzy. Można spokojnie jechać dalej - Pani Janeczka zostaje w dobrych rękach.





Tym razem wybieramy się do północnych Włoch. Sami z mężem, choć wcześniej zaplanowana wycieczka była zarezerwowana i opłacona za cztery osoby - pod każdym względem: bilety na samolot dla wszystkich, apartamenty z osobnymi sypialniami, zamówiony w wypożyczalni duży, wygodny samochód (nazwany przez jej pracownika minivanem). Nawet plan dostosowaliśmy do preferencji młodego pokolenia - najpierw udajemy się do Genui, żeby spędzić choć parę wakacyjnych dni nad morzem.








Kacper co prawda już od dawna walczył o to, by z nami nie jeździć. Jednak do tej pory zazwyczaj udawało się go jeszcze do tego "nakłonić". Ponieważ jakoś wbiłam sobie do głowy, że muszę mu pokazać świat, zanim od nas odejdzie, to, wstyd się przyznać, ale w realizacji tego celu posuwałam się nawet do chwytów poniżej pasa. Głównie była to metoda "ostatnich razów". Czyli po prostu perswazja przymuszająca. Wyglądała ona następująco: "Kacper jedź z nami, proszę, ostatni raz, bo wkrótce już będziesz"... i tu kolejno następowały argumenty dobrane do okoliczności, np. "uczniem liceum", albo "osobą pełnoletnią", albo "studentem mieszkającym z dala od domu"... i tym podobne, mające go upewnić, że na kolejnym etapie dorastania nie będzie musiał nam towarzyszyć w podróżach. Pewnie wszystkie równie nieważne, jak i irytujące z punktu widzenia naszego syna. Złościł się za to na mnie czasem bardzo, ale jednak zwykle cel zostawał osiągnięty. Tym razem się nie udało. Nie przewidziałam, że w międzyczasie sytuacja tak diametralnie się zmieni. Czerwiec jest prawdziwie miesiącem zakończeń. Nawet Kacprowa pomoc w przystosowaniu się przez nas do nowej sytuacji  przestała już działać.



Do Genui docieramy z lotniska Mediolan Malpensa wielkim, przestronnym Fiatem Qubo. We dwoje z mężem. W takim składzie też meldujemy się w dwusypialnianym apartamencie z łóżkiem dwuosobowym, trzema jednoosobowymi oraz kanapą w salonie. Po raz pierwszy chyba możemy sobie wybrać pokój do spania, zazwyczaj ten przywilej należał do młodych. Z początku trudno mi się znaleźć w tej sytuacji. Ze smutkiem idę przewietrzyć ich pustą liliową sypialnię. A potem postanawiam, że przeżyję tę podróż najlepiej jak potrafię bez względu na to, czy ktoś chce ją ze mną dzielić, czy też nie. To zakończenie jest bezpowrotne. Pora przewietrzyć głowę...



Ps. Relacja z północnych Włoch znajduje się w poście "Od morza do gór"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz