środa, 13 czerwca 2018

BAŻANTOWO


Na mojej drodze zrobiło się ostro pod górkę. W pustym gnieździe została tylko tęsknota za dziećmi  i obawy o ich przyszłość. Nagle okazało się, że nie umiem ani gotować, ani kupować, ani na przykład robić prania na zmniejszoną ilość domowników. Znów muszę coś przerobić od nowa, wrócić do początków. A życia kompletnie nie interesuje, czy mam na to ochotę, czy też nie.



Kacper jakoś próbuje nam pomóc w przystosowaniu się do nowej sytuacji. O dziwo, odbiera każdy nasz telefon, odpisuje na sms-y, sprawia nawet wrażenie zainteresowanego moimi postępami na studiach! Do tego wszystkiego, tak na osłodę, postanowił zostawić jednak z nami swojego Maciusia, do nowego mieszkania zaś przygarnął malutką kociczkę, wypatrzoną na OLX-ie. No i zaprasza nas teraz raz po raz do siebie. Zapewne oprócz niej chce nam również pokazać, że nie trzeba się o niego martwić, bo sam zadbał o to, żeby mieszkać jak człowiek. Jakoś mnie nie ciągnie do miejsca, które wybrał do spędzenia najbliższego roku, jeszcze nie  nauczyłam się z tego cieszyć.



Ale oczywiście przyjmujemy zaproszenie, tym bardziej, że w domu zaczyna się gromadzić coraz więcej rzeczy do przekazania Kacprowi i jego dziewczynie na nowe mieszkanie. Burzowym czerwcowym popołudniem ładujemy więc wszystkie gary, patelnie, ścierki do wielkiego kartonowego pudła i wyruszamy w kierunku Katowic. Po drodze mamy jeszcze do załatwienia jedną sprawę w sąsiednim mieście. Mój mąż od zeszłego tygodnia opiekuje się tam Panią Janeczką w ramach hospicjum domowego. To zajęcie jest efektem ukończenia kursu wolontariuszy medycznych i hospicyjnej praktyki. Ja na razie wstrzymuję się przed nią, bo moja odporność wciąż pozostawia wiele do życzenia. Ale certyfikat poświadczający ukończenie kursu został mi już przyznany, oddany na ręce męża i ... pozostawiony w samochodzie - więc uciekając przed burzą podczas czerwcowego popołudnia, podróżuje sobie z nami do mieszkania Pani Janeczki.





Drzwi otwiera nam bardzo chuda, krótko ostrzyżona kobieta, której wieku nie umiałabym określić. Pamiętam ją z zajęć w hospicjum. Mówiono nam wtedy, że czasami, choć rzadko, bywa i tak, iż pacjenci opuszczają jego mury i wracają do domu. I tak się właśnie zdarzyło w przypadku Pani Janeczki. Tyle, że podobno nie ma ona żadej rodziny, nikogo bliskiego, kto mógłby się nią zająć w domowych pieleszach i w tym przypadku konieczna jest opieka wolontariacka. Na razie mąż jest na etapie rozeznawania jej potrzeb w zakresie przystosowywania się do mieszkania poza placówką opiekuńczą. Tym razem nasza wizyta ma na celu zamianę zamówionego wiadra z pokrywką na rzeczy do prania.





💚💛💙❤️💜




Po krótkim przystanku w mieszkaniu Pani Janeczki obieramy kurs na cel główny wyjazdu. Przebijamy się przez całe Katowice i docieramy do dzielnic, których nigdy wcześniej nie miałam okazji odwiedzić. Dojeżdżamy do Bażantowa. To "prestiżowe osiedle', jak zdążyłam przeczytać w internecie. Kacper z dumą mówi, ze najładniejsze na Śląsku. Tak, to możliwe, urzeka duża ilość zieleni, wkomponowane w nią budynki są nowe i ładnie zaprojektowane. Powoli objeżdżamy osiedle, szukając bloku Kacpra. Oglądamy całą infrastrukturę, która jest wciąż w fazie rozbudowywania. "Bażantowo miasto w mieście' - czytam slogan na jednym z budynków. Coś w tym jest.








Mieszkanie Kacpra i jego dziewczyny jest prześliczne. Mała koteczka jeszcze bardziej prześliczna. Czy to wszystko mnie uspokaja? Wcale nie. Prześliczne mieszkanie na prestiżowym osiedlu ma jeden zasadniczy minus w postaci strasznie wysokich kosztów utrzymania. Wygląda na to, że dwójkę niedoświadczonych dzieciaków czeka teraz wypruwanie żył, żeby móc w nim mieszkać. Umowa podpisana na rok i przez ten czas trzeba zarobić na wszystkie opłaty, a do tego jeszcze nie umrzeć z głodu. Choć serce mi mówi, że na to drugie to byśmy z mężem już na pewno nie pozwolili. Choćbyśmy mieli niestety zadać śmiertelny cios ich samodzielności.










Ale na to się na razie nie zapowiada. Trzymam więc mocno kciuki i wznoszę modlitwy za powodzenie planów moich ledwo opierzonych ptaszków, które wyleciały z gniazda, próbując założyć własne. Opuściły bezpieczne miejsce pod kwoczymi skrzydłami, narażając się na wszelkie niebezpieczeństwa świata. Z przeogromną miłością, czułością i nieustannie myślę o tej  parce odlatujących młodych barwnych bażancików. Uporanie się z całym ciążącym mi bagażem pustego gniazda to nie ich zadanie, lecz moje. Muszę temu podołać bez względu na to, jak bardzo tego nie chcę. To kolejne życiowe wyzwanie. Już nimi po prostu rzygam. Mam dość wszelakich życiowych wyzwań. Czy coś jest ze mną nie tak?


3 komentarze:

  1. Bardzo konkretnie napisane. Super artykuł.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki serdeczne, to pierwszy komentarz na moim blogu:) Nie myślałam, że ktokolwiek tu dotrze, tym większe (i przyjemniejsze!) zaskoczenie. Niezwykle mi miło, sprawiła mi Pani ogromną radość. Pozdrawiam cieplutko - Bozena

    OdpowiedzUsuń