piątek, 19 czerwca 2020

PIĘKNE MRZONKI


Nasz czerwcowy - wakacyjny, rodzinny wyjazd miał w założeniu trwać tydzień. Pięć noclegów zarezerwowaliśmy w Blue Marine w Mielnie, a dwa kolejne chcieliśmy wyszukać gdzieś po drodze na którymś pojezierzu. Plan wydawał się wprost doskonały. 



Ponieważ w poszukiwaniu noclegów osiągnęłam chyba mistrzostwo świata, to dość szybko wytypowałam miejsce na pozostałe dni wyjazdu. Wybór padł na hotel Atut w Wielkopolsce. Bo po pierwsze - wydawał się być bardzo blisko naszej trasy dojazdowej nad morze, po drugie - miałam możliwość zakupić voucher obniżający koszty pobytu o prawie połowę ceny (przy planowanej rezerwacji dla 5 osób, czyli 3 pokojach, to robi się naprawdę ważne). 


















Poza tym, kto by się oparł reklamie na stronie Atutu: Nasz hotel znajduje się w Licheniu Starym, 600 metrów od najcieplejszego jeziora w Polsce”:) Już prawie czułam nagrzaną czerwcowym słońcem wodę na skórze.



Jaki był efekt mojego planu?



No cóż, więc najpierw wypadli z niego Wiki i Kacper, a potem, gdy już byłam o krok od sfinalizowania zakupu noclegów na Pojezierzu Wielkopolskim (w tym układzie już dwóch pokoi), to okazało się, że jednak Ania nie ma co zrobić z króliczkami w tym czasie. 





















To uświadomiło mi, że wszelkie moje rodzinne plany, nawet, gdy teoretycznie nikt przeciw nim wcześniej nie protestuje, powinnam raczej nazywać pobożnymi życzeniami. Odkąd mam dorosłe dzieci - swoje i te włączone do rodziny, to wspólne wyjazdy zazwyczaj okazują się pięknymi mrzonkami, co rusz zalęgającymi się w mojej głowie. 


Nie wiem, jak mam z tym skończyć - rozumiem, że każdy ma własne plany, no ale trudno mi przestać marzyć. Zdaję sobie jednak sprawę, że trzeba będzie wreszcie założyć jakiś kaganiec na swoje marzenia i zaprzestać uszczęśliwiania wszystkich planowaniem tego, co mnie wydaje się atrakcyjne. Muszę nauczyć się kierować hasłem, że plan należy układać tylko dla siebie. No chyba, że ktoś sam dobrowolnie chce się włączyć w jego realizację.



















Podsumowując - w końcu wakacyjny wyjazd pozostał w formule 5 nocy w Mielnie z Anią oraz rodziną brata.

I wkrótce się okazało, iż dobrze wyszło, że plan wycieczki nie rozrósł się czasowo. Bo niestety odezwał się jeszcze jeden czynnik, który zawsze powinnam brać pod uwagę przy planowaniu. Są nim choroby - i, jak się ostatnio przekonałam, skłonność do zapadania w nieoczywiste komplikacje zdrowotne w przypadku naszej rodziny jest zadziwiająca i wykazuje niesamowitą wprost inwencję. Zwłaszcza w przypadku mojego męża.


















Już tak bardzo się cieszyliśmy, że wreszcie dochodzi do siebie po ostatniej operacji. Że powoli nabiera sił. Że zaczyna powracać do normalnego życia z jego codziennymi aktywnościami. Że będzie tak, jak kiedyś i możemy wymyślić jakieś ekstra atrakcje (atrakcyjki:), by cieszyć się nadchodzącym latem, wakacyjną atmosferą i przebywaniem z dziećmi poza domem. Zwłaszcza, że wspólne wczasy w Mielnie z Najmłodszymi w rodzinie odpadły i chcieliśmy je zastąpić choćby jakąś namiastką ciekawie spędzonego czasu w pogodne czerwcowe dni.


Pomysł nasunął się sam - po wycieczce na Kopiec Kościuszki zrobiliśmy objazd okolicy i zahaczyliśmy o tereny Lasku Wolskiego i umiejscowionego tam Ogrodu Zoologicznego. Obiecaliśmy najbardziej zagorzałej wielbicielce zwierząt w rodzinie, którą pozostaje Wiktoria, że wkrótce tam wrócimy na dłużej.


I tak zrobiliśmy kilka dni później. Było cudownie. I choć turystów najechało znacznie więcej niż się spodziewaliśmy (ale to już chyba sprawa pogody - tego dnia czerwiec pokazał swoje najpiękniejsze oblicze), to i tak wycieczka okazała się niezwykle relaksująca. Zoo w Krakowie, cokolwiek by nie mówić o ograniczeniach tego typu miejsc, jest po prostu przepiękne. (fotorelacja w późniejszym czasie)


Niestety wkrótce po tej wycieczce mąż dostał niezwykłego uczulenia na obu nogach z bardzo ciężką postacią wysypki, przebarwień skóry, świądu i bólu jednocześnie. Żadne środki na alergię nie pomagały i znów pojawiły się trudności z chodzeniem.


W takiej atmosferze minął weekend Bożego Ciała, a ja dziękowałam Bogu, że możemy te dni spędzić w domu, z powodu porażki planu wyjazdowego do hotelu Atut w Licheniu Starym. Szczerze mówiąc, byłam nawet już gotowa odwołać ten wyczekany pobyt w Mielnie.

















Ale wtedy mąż zaprotestował, jakoś się wyzbierał i pojechaliśmy. Na środkach przeciwbólowych i sterydach. Znów z duszą na ramieniu.




Ale o tym będzie już w następnym poście...


Ps. Najlepsze czerwcowe ciasto dla rodziny:

https://kuchnia-marty.pl/kruche-ciasto-z-rabarbarem-i-truskawkami/
KRUCHE CIASTO Z RABARBAREM I TRUSKAWKAMI
Składniki na ciasto:
  • 225 g cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 390 g mąki tortowej
  • 225 g masła
  • skórka otarta z jednej cytryny
  • 1 jajko klasa wagowa L
  • 1 szczypta soli
Składniki na nadzienie:
  • 500 g truskawek
  • 350 g rabarbaru
  • 100 g cukru
  • 3 łyżeczki mąki kukurydzianej lub ziemniaczanej
  • 15 g płatków migdałowych
  • Przygotowanie ciasta:
    Piekarnik nagrzewamy do temperatury 190 stopni. W misce mieszamy cukier z mąką, proszkiem do pieczenia, solą i skórką z cytryny,. Na koniec dodajemy zimne, pokrojone w kostkę masło, jajko i wyrabiamy aż składniki się połączą. Ciasto będzie dość kruche.
    Większą połową ciasta wykładamy blachę do pieczenia o wymiarach 24 x 28 (blachę można wcześniej wyłożyć papierem do pieczenia).
    Przygotowanie nadzienia:
    W drugiej misce mieszamy mąkę kukurydzianą lub ziemniaczaną z cukrem. Truskawki myjemy, usuwamy szypułki i kroimy na pół. Rabarbar myjemy i kroimy 1-2 cm kawałki. Owoce wrzucamy do mąki z cukrem i delikatnie mieszamy. Na ciasto wykładamy owoce. Na wierzch kruszymy pozostałe ciasto. Całość posypujemy płatkami migdałowymi.
    Blachę wstawiamy do nagrzanego piekarnika na ok. 45-50 minut.
    Pozostawiamy do ostygnięcia.
    Smacznego!
*Ja dodałam 2 jajka, bo miałam malutkie. Płatki migdałowe pominęłam, bo uznałam, że wolę same owoce sezonowe:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz